— Mysle, ze mozna sie kapac — powiedzial Lu. — Wprawdzie ja sam sie nie kapalem, nie mialem czasu.

— Wobec tego bedziemy sie kapac codziennie! — ucieszyla sie Tania.

— Nie zgadzam sie — zaoponowal Fokin. — Trzy razy dziennie!

Wlasciwie to kapiel bedzie chyba naszym glownym zajeciem…

— No, dobrze — przerwal mu Popow. — A tam co? — zapytal, patrzac na pasmo plaskich wzgorz na horyzoncie.

— Nie wiem — wzruszyl ramionami Lu. — Tam jeszcze nikt nie byl.

Walkenstein nagle zachorowal i Gorbowski musial go zabrac. Zdazyl tylko wyladowac dla mnie sprzet i odlecial.

Przez pewien czas wszyscy stali w milczeniu i patrzyli na wzgorza, rozciagajace sie na horyzoncie. Pierwszy odezwal sie Popow:

— Za jakies trzy dni sam polece wzdluz rzeki w obie strony.

— Jesli sa jeszcze jakiekolwiek slady — zauwazyl Fokin — to niewatpliwie nalezy ich szukac wlasnie przy rzece.

— Na pewno — grzecznie zgodzil sie Lu. — A teraz chodzmy do mnie.

Popow obejrzal sie na helikopter.

— Nic mu nie bedzie, niech zostanie tutaj — powiedzial Lu. — Hipopotamy nie wchodza na wzgorza.

— Oo — zdziwil sie Mboga. — Hipopotamy?

— To tylko ja je tak nazywam. Z daleka sa nawet podobne do hipopotamow, ale z bliska ich nie widzialem.

Zaczeli wreszcie schodzic ze wzgorza.

— Po tamtej stronie trawa jest bardzo wysoka, widzialem tylko ich grzbiety — ciagnal Lu.

Mboga szedl obok niego miekkim, posuwistym krokiem, rozsuwajac falujaca trawe.

— Poza tym sa tu tez ptaki — wyjasnial gospodarz swym gosciom. — To istne olbrzymy i w dodatku lataja nieraz bardzo nisko. Jeden ptak o malo co nie przewrocil mi lokatora.

Popow, nie zwalniajac kroku, popatrzyl w niebo, zakrywajac oczy od slonca.

— Przy okazji — powiedzial — musze poslac radiogram na „Slonecznik”. Czy mozna bedzie skorzystac z waszej radiostacji?

— Ile dusza zapragnie — odpowiedzial Lu.

— Wie pan, Percey Dixon chcial ustrzelic jednego. Mowie o ptakach.

Ale Gorbowski nie pozwolil.

— Dlaczego? — zapytal Mboga.

— Nie wiem, nie mam pojecia. Ale byl strasznie rozgniewany i — nie uwierzycie chyba — chcial odebrac nam wszystkim bron.

— Nam nawet zabral — powiedzial Popow. — To byl wielki skandal na Radzie. Wedlug mnie, wyszlo bardzo nieladnie — Gorbowski wprost przytloczyl nas wszystkich swoim autorytetem.

— Procz Tory Mysliwego — wtracila Tania.

— No coz, ja bron wzialem — przytaknal Mboga.

— Ale ja rozumiem Leonida Andriejewicza. Tu jakos wcale nie chce sie strzelac.

— A mimo wszystko Gorbowski to dziwak! — wybuchnal Fokin.

— Kazdy ma swoje dziwactwa — powiedzial Lu powsciagliwie. — Moim zdaniem, to wspanialy czlowiek.

Podeszli wreszcie do obszernej kopuly laboratorium z niskimi, okraglymi drzwiczkami. Nad kopula obracaly sie w rozne strony trzy kratownicowe dyski lokatorow.

— Tu oto mozna rozbic wasze namioty — zaproponowal Lu. — A jesli trzeba, to dam rozkaz cyberom, by wybudowaly wam cos bardziej trwalego.

Popow spojrzal na kopule, popatrzyl na kleby czerwonego i czarnego dymu za laboratorium, nastepnie obejrzal sie na szare dachy miasta i rzekl z poczuciem winy:

— Wie pan, Lu? Boje sie, ze bedziemy tu panu przeszkadzac. I do miasta taki kawal. Juz lepiej urzadzimy sie jakos w miescie, co?

— I zreszta tu jakos pachnie spalenizna — dodala Tania — a ja do tego boje sie cyberow…

— Ja rowniez nie znosze cyberow — solidarnie dolaczyl sie Fokin.

Lu z uraza wzruszyl ramionami.

— Jak chcecie — powiedzial. — Wedlug mnie, tu jest bardzo dobrze.

— Gdy tylko rozbijemy oboz — rzekla Tania — sciagniemy pana z pewnoscia. Sam pan zobaczy, jak u nas bedzie swietnie. A od miasta do bazy jest przeciez bliziutko!

— No coz — powiedzial Lu. — Czemu by nie…? Ale na razie prosze do mnie…

Archeolodzy, schyliwszy sie uprzednio, skierowali swe kroki ku niskim drzwiczkom. Mboga szedl ostatni, nie chylac czola przed niczym.

Lu stanal na progu i rozejrzal sie. Gdy zobaczyl zdeptana ziemie, pozolkla, zmieta trawe, ponure stosy stopionego zelastwa, to nagle uswiadomil sobie, ze tu rzeczywiscie pachnie spalenizna.

II

W miescie byla tylko jedna jedyna ulica, bardzo szeroka, porosla gesta trawa. Ciagnela sie prawie dokladnie wzdluz poludnika i konczyla niedaleko rzeki. Popow postanowil rozbic oboz w centrum miasta. Prace zaczeli o trzeciej po poludniu wedlug czasu miejscowego (doba na Leonidzie miala nieco ponad 27 godzin).

Upal jakby sie wzmogl. Wiatru nie bylo, nad szarymi prostopadloscianami budynkow drzalo rozpalone powietrze i tylko w poludniowej czesci miasta, blizej rzeki, bylo nieco przewiewnie. Pachnialo — jak mowil Fokin — sianem i „troszeczke chlorellowa* plantacja”.

Popow zabral ze soba Mboge a takze Lu, ktory zaproponowal mu swa pomoc. Wsiedli w helikopter i poszybowali ku rakiecie, aby przywiezc z niej aparature i produkty, Tatjana zas i Fokin zajeli sie pomiarami miasta.

Sprzetu bylo niewiele i Popow przewiozl go w dwoch partiach. Kiedy przylecial po raz pierwszy, Fokin, pomagajacy przy wyladowywaniu, zakomunikowal glosem dajacym wiele do myslenia, ze wszystkie budynki miasta maja bardzo zblizone do siebie wymiary, a ich odchylenia od srednich dadza sie doskonale ulozyc w klasyczna krzywa prawdopodobienstwa.

— To bardzo ciekawe — zauwazyl grzecznie Lu.

— Dowodzi to — kontynuowal Fokin — ze wszystkie budynki maja to samo przeznaczenie. Pozostaje tylko ustalic — jakie? — dodal po namysle.

Kiedy helikopter wrocil ponownie, Popow zobaczyl, ze Tania i Fokin ustawili wysoka zerdz, wznoszac ponad miastem nieoficjalny sztandar Tropicieli Sladow — biale plotno ze stylizowanym emblematem siedmiobocznej nakretki sruby.

W odleglych czasach, prawie poltora stulecia temu, pewien wielki badacz Kosmosu — zaciety przeciwnik studiowania sladow dzialalnosci innych istot rozumnych w Kosmosie — oswiadczyl pochopnie, ze za niezbite swiadectwo tego rodzaju dzialalnosci gotow jest uznac wylacznie kolo na osi, graficzne przedstawienie twierdzenia Pitagorasa, wykute w skale, i siedmioboczna srubke. Tropiciele Sladow przyjeli wyzwanie i ozdobili swoj sztandar emblematem srubki.

Popow z zadowoleniem zasalutowal sztandarowi. Wiele spalono paliwa, wiele przebyto parsekow* od narodzin tego sztandaru. Po raz pierwszy wzniesiono go nad kolistymi ulicami opuszczonego miasta na Marsie.

Wtedy jeszcze krazyly fantastyczne hipotezy, ze zarowno miasto, jak i sputniki Marsa moga byc pochodzenia naturalnego. Wtedy tylko najsmielsi Tropiciele Sladow uwazali, ze miasto i sputniki sa jedynymi sladami marsjanskiej cywilizacji, ktora znikla w tak tajemniczy sposob. I wiele jeszcze musiano przebyc parsekow,

Вы читаете Ostatni z Atlantydy
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ОБРАНЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату