wiele ziemi przekopano, zanim zatriumfowala jedynie sluszna hipoteza: opustoszale miasta i porzucone sputniki zostaly zbudowane przez przybyszy z odleglego i nieznanego systemu planetarnego. Ale co z tym miastem na Leonidzie…
Popow wyrzucil z kabiny helikoptera ostatni tobol, zeskoczyl w trawe i z rozmachem zatrzasnal drzwiczki. Lu podszedl do niego, rozwijajac podwiniete rekawy, i powiedzial:
— Pozwolcie, ze was teraz pozegnam, archeologu Popow. Za dwadziescia minut mam przeprowadzic sondowanie.
— Oczywiscie — odparl Popow. — Nie ma o czym mowic. Serdecznie dziekuje, Lu. Prosze przyjsc do nas na kolacje. Lu spojrzal na zegarek i powiedzial:
— Dziekuje, ale nie wiem jeszcze, czy przyjde. Mboga, oparlszy strzelbe o sciane najblizszego budynku, nadmuchiwal namiot na samym srodku ulicy. Rzucil okiem za oddalajacym sie Lu, a pozniej przeniosl wzrok na Popowa, rozciagajac w usmiechu swe szare wargi na drobnej pomarszczonej twarzy.
— Wiesz, Anatolu! — powiedzial. — To rzeczywiscie znakomicie urzadzona planeta. Chodzi sie tu bez broni, rozstawia namioty po prostu w trawie… I do tego jeszcze spojrz…
Skinal w strone Fokina i Tani. Obydwoje, wydeptawszy wokol siebie trawe, guzdrali sie w cieniu budynku, urzadzajac swe podreczne laboratorium. Tania byla w jedwabnej bluzce bez rekawow i w krotkich spodenkach. Jej ciezkie trzewiki blyszczaly na dachu budynku ponad glowa swej wlascicielki, a kombinezon poniewieral sie obok, porzucony na tlumokach. Fokin zas w spodenkach gimnastycznych z wsciekloscia sciagal przez glowe mokra od potu bluze.
— Utrapienie ty moje — mowila Tania. — Gdzies ty podlaczyl akumulatory?
— Zaraz, zaraz, Tanieczko — niewyraznie odpowiadal Fokin.
— O tak, doktorze Mboga — zgadzal sie Popow. — Na szczescie, to nie Pandora.
Wyciagnal z tlumoka drugi namiot i zaczal dopasowywac do niego pompe odsrodkowa. „Tak, to nie Pandora” — pomyslal i przypomnial sobie, jak na Pandorze przedzierali sie przez ponura dzungle w ciezkich skafandrach najwyzszej mocy, sciskajac w rekach masywny dezintegrator w kazdej chwili gotowy do strzalu. Pod nogami chlupotalo i za kazdym krokiem w rozne strony rzucaly sie wielonogie obrzydliwe stwory, a nad glowami, poprzez platanine lepkich galezi, mrocznie migotaly krwawym blaskiem dwa bliskie slonca. Ba, czyz to jedynie Pandora byla tak niegoscinna?! Na wszystkich planetach z atmosfera Tropiciele Sladow i Desantowcy poruszali sie z wielka ostroznoscia, pedzili przed soba cale kolumny robotow-zwiadowcow, ruchome cybernetyczne mikrobiolaboratoria, toksynoanalizatory, skondensowane obloki uniwersalnych kontrawirusow. Bezzwlocznie po wyladowaniu kapitan byl obowiazany wypalic termitem strefe bezpieczenstwa i za najwieksze przestepstwo uwazano powrot na statek bez profilaktycznej dezynfekcji i dezynsekcji, ktore przeprowadzano w sposob niezwykle dokladny.
Niewidoczne potworki, straszniejsze od dzumy i tradu, czekaly na nieostroznych. Tak bylo zaledwie dziesiec lat temu.
Tak mogloby byc i teraz, na tak cudownym tworze, jakim jest planeta Leonida. Przeciez ona takze obfituje w mikrofaune, i to bardzo bogata. Ale dziesiec lat temu malenki dr Mboga odnalazl na strasznej Pandorze „bakterie zycia”, a profesor Karpienko odkryl na Ziemi bioblokade. Jeden zastrzyk na dobe lub nawet na tydzien i mozesz gwizdac na wszystkie choroby wszechswiata.
Popow wytarl spocona twarz i zaczal rozpinac kurtke. Kiedy slonce chylilo sie juz ku zachodowi i bialawe niebo na wschodzie zaczelo przybierac odcien ciemnoliliowy, wszyscy zasiedli do kolacji. Oboz byl gotow. W poprzek ulicy staly trzy namioty, tobolki i skrzynki ze sprzetem zostaly starannie zlozone wzdluz sciany jednego z budynkow. Fokin, wzdychajac, przygotowal kolacje. Wszyscy byli porzadnie glodni i dlatego nie czekali na Lu. Z obozu widac bylo zreszta, ze Lu siedzi na dachu swego laboratorium i cos majstruje przy antenach.
— Zostawimy mu jego porcje — powiedziala Tania.
— Nie martw sie — odrzekl Fokin, jedzac gotowana cielecine. — Przeglodzi sie, to przyjdzie.
— W niezbyt szczesliwym miejscu ustawiles helikopter, Tolu — stwierdzila nagle Tatjana. — Caly widok na rzeke nam zasloniles.
Wszyscy popatrzyli na helikopter. Rzeczywiscie rzeki nie bylo widac.
— Za to z dachu widac ja doskonale — z niezmaconym spokojem odparl Popow.
— Alez nie — zaprotestowal Fokin, siedzacy do rzeki plecami. — Nie mozna dojrzec zadnego obiektu, ktory by cieszyl nasze oko.
— Jak to zadnego? — z zimna krwia zapytal znow Popow. — A cielecina?
Polozyl sie raptem na plecach i zaczal patrzec w niebo.
— Oto, o czym ja mysle — przemowil Fokin, wycierajac serwetka wasy. — Jak wlasciwie bedziemy przedostawac sie do wnetrza tych trumien? — wyjeczal, dotykajac palcem najblizszego gmachu. — Bedziemy kopac czy ciac sciane?
— Kiedy to zaden problem — odezwal sie Popow ospale. — Ciekawe tylko, jak sie tam dostawali wlasciciele tych domow. Czy tez cieli sciany?
Fokin popatrzyl w zadumie na Popowa i rzekl:
— A co ty wlasciwie wiesz o tych wlascicielach? Moze wcale nie zamierzali tam wchodzic?
— Aha — podchwycila Tania. — Nowy system architektury. Czlowiek siadal sobie na trawke, wznosil dokola siebie sciany i sufit i…
— I odchodzil — zakonczyl Mboga.
— A moze to rzeczywiscie grobowce? — wyzywajaco rzekl Fokin.
Przez pewien czas wszyscy zastanawiali sie nad tym przypuszczeniem.
— Tatjano, a co z analizami? — zapytal Popow.
— Wapien — odpowiedziala Tania. — Kwasoweglowy wapien.
Oczywiscie z roznymi nalecialosciami, zwlaszcza w budynkach polozonych najblizej rzeki. Ale czy wy w ogole wiecie, do czego to wszystko podobne? Do raf koralowych. I wyglada mi na to, ze caly budynek wykonano z jednego kawalka…
— Monolit pochodzenia naturalnego — przemowil Popow.
— No i masz ci los! Znow — „naturalnego”! — rozzloscil sie Fokin. — Charakterystyczna prawidlowosc: wystarczy odkryc nowe slady i natychmiast znajda sie towarzysze, ktorzy oswiadcza, ze sa to formacje pochodzenia naturalnego.
— Kiedy to zupelnie logiczne przypuszczenie…
— Przeciez jutro zlozymy intrawizor i zobaczymy, kto ma racje — powiedziala Tania. — Najwazniejsze, ze ten wapien nie ma nic wspolnego z bursztynem, z ktorego zostalo zbudowane marsjanskie miasto. No i miasto na Wladyslawie.
— To znaczy, ze jeszcze ktos sie wloczy po planetach — zakonkludowal Popow.
— Dobrze by bylo, gdyby oni tym razem zostawili nam cos bardziej konkretnego.
— Zeby tak znalezc biblioteke — rozmarzyl sie Fokin. — No i jakies maszyny!
Zapanowalo milczenie. Mboga wyjal krotka fajeczke i poczal ja nabijac.
Przykucnawszy patrzyl w zadumie na liliowe niebo ponad namiotami. Na jego malenkiej twarzy, odcinajacej sie od bialej chustki, malowal sie wyraz blogiego spokoju i pelnego zadowolenia.
— Jak cicho — szepnela Tania.
Bum! Bach! Trach! — rozleglo sie od strony bazy.
— A niech to diabli — burknal Fokin. — A to po co?
Mboga wypuscil krag dymu i westchnal:
— Rozumiem was, Boria. Ja sam po raz pierwszy w zyciu nie doznaje radosci, sluchajac, jak nasze maszyny pracuja na obcej planecie.
— W tym wlasnie sek, ze ta jakos wcale nie jest obca — powiedziala Tania.
Wielki czarny zuk przylecial nie wiadomo skad, brzeczac ciezko, i zatoczywszy dwa kregi nad Tropicielami, odlecial z powrotem.
— Cudownie — orzekla Tania. — Prawda, jaki blogi nastroj?
Fokin zasapal z cicha, wtuliwszy glowe w zgiecie lokcia. Tania podniosla sie i odeszla od namiotu. Popow takze wstal i przeciagnal sie z rozkosza. Taka niezmacona cisza panowala wokol, ze zmieszal sie nieslychanie,