zwrotny dla wydolnosci silnikow i choc poslusznie wybuchly cala moca, olbrzym zachybotal sie, choc nie wypadl mu z kontroli, bo momentalnie zlagodzil skret, zwiekszywszy jego promien.
Zaczal sie potem bawic podnoszeniem wielotonowych glazow za skrajem betonowanej plaszczyzny i od tych bryl w momencie nagryzania chwytnymi cegami szly iskry w jazgotliwym chrobocie. Nie minela godzina, a poczul sie juz pewnym swego Diglatora. Wrocil w znany mu stan, ktory doswiadczensi nazywaja „wrosnieciem czlowieka w wielkochod“. Zatracal bowiem granice miedzy soba a machina i jej ruchy staly sie juz jego wlasnymi ruchami. Aby zakonczyc trening, wspial sie, i to dosc wysoko, na piarzyste zbocze, i tak sie juz wprawil, ze po hurkocie glazow, kiedy zaczynaly miazdzone usuwac mu sie spod nog, poznawal, ile wolno mu wymagac od kolosa, ktorego juz zdazyl polubic. Dopiero gdy zeszedl ku swiecacym mglawo liniom ladowiska, w pelnie jego satysfakcji jak igla weszlo przypomnienie o czekajacej go wyprawie, razem ze swiadomoscia, ze Pirx i dwaj inni ludzie, zamknieci w takich samych olbrzymach, nie tylko utkneli, lecz znikli we wielkiej depresji Tytana. Nie wiedzac sam, czy dla dodatkowej zaprawy, czy dla pozegnania, obszedl zwezajacym sie kregiem statek, ktorym wyladowal, i wdal sie w krotka rozmowe z Gossem. Kierownik stal juz obok Londona za szybami wiezy. Widzial ich, uslyszal, ze nadal nic nie wiadomo o losie zaginionych, i przy rozstaniu podniosl wysoko zelazna prawice. Moze komus wydalby sie ten gest patetyczny czy nawet blazenski. Wolal go od wszelkich slow. Uczynil miarowy zwrot w tyl, wrzucil na jedyny podstropowy monitor holograficzne zdjecie terenu do przebycia, wlaczyl wskaznik azymutu razem z projekcja szlaku skierowanego na Graala i ruszyl dwunastometrowymi krokami w droge.
Dwa sa rodzaje pejzazow, wlasciwe blizszym planetom Slonca: celowe i spustoszone. Celowo jest urzadzony kazdy krajobraz Ziemi, jako planety, co wydala zycie, bo w nim wszystko ma swoj uzytkowy sens. Zapewne, nie zawsze go mialo, lecz miliardy lat pracy organicznej zrobily swoje: wiec po to sa barwy kwiatow, zeby owady wabic, a chmury po to, zeby pastwiska i lasy polewac deszczem. Kazda forma i rzecz tlumaczy sie tam czyjas korzyscia, to zas, co takiej korzysci jawnie wyzbyte, jak lodowce Antarktydy czy lancuchy gorskie, stanowi enklawe pustynna, wyjatek z reguly, dziki choc moze urodziwy nieuzytek, ale nie na pewno, gdyz czlowiek, wziawszy sie do obracania biegu rzek, by uzyznic bezwodna susze, albo ocieplajac bieguny, za poprawe jednych obszarow placil stepowieniem innych i naruszal tym samym klimatyczna rownowage biosfery, wyregulowana przez ewolucyjny mozol zycia z pozorna tylko bylejakoscia. Glebiny oceaniczne nie sluzyly podwodnym stworom mrokiem, zabezpieczajacym przed napascia, zeby go rozswietlaly wedle potrzeby luminiscencja, lecz na odwrot: ten mrok powolal wlasnie takie, odporne na cisnienie i zeglujace swietliscie, stworzenia do bytu. Na przeroslych zyciem planetach tylko w ich podziemiu, w jaskiniach 'i grotach niesmialo dochodzi do glosu ta kreacyjna moc natury, ktora, nie wprzegnieta do zadnych przystosowawczych sluzb, nie obciosywana w walkach o byt swoimi wytworami, z miliardoletnia koncentracja, w nieskonczonej cierpliwosci stwarza kroplami tezejacych roztworow solnych fantasmagoryczne lasy stalaktytow i stalagmitow, ale to jest na takich globach uchylkiem planetarnych prac, przytrzasnietym glucho skalnymi sklepieniami, i chocby dlatego nie moze objawic swego rozmachu. Stad wrazenie, ze takie miejsca to nie zwyczajnosc natury, lecz wylegarnie jej marginesowych dziwolagow, na prawach wyjatkow z reguly chaosu.
Z kolei na globach wyschlych, jak Mars albo Merkury, zanurzonych w razacym je wietrze slonecznym, tym oddechu rozrzedzonym, lecz bezustannie wiejacym od macierzystej gwiazdy, powierzchnie sa pustynna martwota, wszelkie dzwigane formy trawi bowiem plomienny zar, by obracac je w proch wypelniajacy kraterowe misy. Dopiero tam, gdzie panuje smierc i wieczna, i spokojna, gdzie nie pracuja ani sita, ani zarna doboru naturalnego, by wszelki stwor ksztaltowac wedle rygorow przezywania, otwiera sie przestwor zdumiewajacych dziel materii, ktora nie nasladujac niczego, nikomu nie podwladna, wykracza w ludzkim oku poza granice ludzkiej wyobrazni. Wlasnie dlatego fantastyczne krajobrazy Tytana okazaly sie takim zaskoczeniem dla jego pierwszych eksploratorow. Ludzie utozsamili porzadek z zyciem, a bezlad z nudna martwota. Trzeba bylo stanac na zewnetrznych planetach, na Tytanie, najwiekszym z ich ksiezycow, by poznac caly falsz tej apodyktycznej diagnozy. Dziwadla Tytana, czy wzglednie bezpieczne, czy zdradliwe, sa, ogladane z dali i z wysokosci, zwyklymi rumowiskami chaosu. Nie tak jednak przedstawiaja sie, kiedy zstapic na grunt tego ksiezyca. Straszliwy mroz calego przestworu, w ktorym Slonce jeszcze swieci, ale juz nie grzeje, okazal sie nie dlawnica, lecz ostroga materialnej kreacji. Wprawdzie spowolnil ja, lecz niejako wlasnie przez to dal jej pole do popisu, dostarczyl bowiem tego wymiaru, ktory jest dla przyrody, nie poruszonej zyciem i nie przezarzonej Sloncem, niezbedny jako przeslanka tworczosci, skierowanej we wiecznosc: dal jej czas, w ktorym jeden milion wiekow czy dwa nie maja zadnego znaczenia.
Tworzywem natury sa tutaj te same zasadniczo pierwiastki chemiczne, co na Ziemi, lecz na niej poszly one, aby tak rzec, w niewole biologicznej ewolucji i tylko w niej zdumiewaly czlowieka wyrafinowaniem zawilych zwiazkow, sprzegajacych sie w organizmy i ich zyciowo uzaleznione hierarchie gatunkowe. Uznalo sie przez to, ze wysoka zawilosc jest wlasnoscia nie wszelkiej materii, lecz tylko zywej, bo w nieorganicznym stanie chaos nie moze wydac niczego procz slepych skurczow wulkanicznych, rzygajacych potopami lawy i deszczem siarkowych popiolow.
Krater Roembdena pekl niegdys na polnoco-wschodzie swojego koliska. Potem wpelzl ta wyrwa lodowiec z zamarzlego gazu. Po nastepnych milionach lat cofnal sie, by pozostawic na przeoranym obszarze osady mineralne — zachwyt i frasunek krystalografow i innych nie mniej zdumionych naukowcow. W samej
Wpadlszy w trans podobnej zadumy filozoficznej mlody pilot az drgnal nagle, gdy wspomnial, skad sie tu wzial, w czym tkwi i jakie ma zadanie. A jego zelazny wehikul poslusznie, w okamgnieniu utysiackrotnil jego wahanie i drgniecie wzwyciem pedni i dygotem calej swojej masy trzezwiac go i pograzajac zarazem we wstydzie. Zebrawszy sie w sobie, kroczyl dalej. Poczatkowo nijak mu bylo stawiac nogi, bijace jak mloty parowe, na niby-szkieletach, lecz proby lawirowania okazaly sie tylez daremne, co klopotliwe. Wiec tylko niekiedy zawahal sie, gdy droge zastapilo mu szczegolniejsze spietrzenie i obchodzil je na koniec tylko, kiedy brodzenie w owych stertach i ich druzgotanie moglo sprawic fatyge nawet jego pokornemu olbrzymowi. Zreszta z bliska wrazenie, ze depcze po niezliczonych kosciach, ze miazdzy kaloty czaszek, uzebrowania skrzydel, odpekle od lbow luki jarzmowe i rogi, malalo do zanikniecia. Raz tak, jakby szedl po resztkach jakichs organicznych machin, wiec tworow hybrydowych — polzwierzat, wyniklych od