ruszyc z miejsca samym parowozem i ruszyc, gdy ciagnie sznur wagonow, to calkiem rozne rzeczy. Wiec kroczyl jak na musztrze, a kolos byl mu znow posluszny az dziw. Widzial przez szkla, jak maly ruch jego reki staje sie natychmiast wymachem cegowatego lapska, a kiedy stawia krok, wiezowa noga, wysuwajac sie do przodu, blyska tarcza kolana.
Od kosmodromu odsadzil sie juz o piecdziesiat osiem mil. Z mapy, z satelitarnych fotografii, ktore studiowal poprzedniego wieczoru, a na koniec z dioramy terenu, wymodelowanej w skali 1:800, wiedzial, ze droga do Graala dzieli sie na trzy zasadnicze czesci. Pierwsza obejmowalo tak zwane cmentarzysko i wulkaniczny wawoz, ktory wlasnie opuscil. Druga juz widzial — byla to wyrwa w masywie zakrzeplej lawy, przestrzelona seriami odpalanych ladunkow termojadrowych, gdyz ten masyw, najwiekszy z wyciekow orlandzkiego wulkanu, nie dal sie inaczej pokonac przez stromizne walowatych stokow. Nuklearne eksplozje wzarly sie w sejsmiczny gorotwor, barykadujacy przejscie, i rozciely go na dwoje jak rozgrzany noz bryle masla. Na tytanogramie kabiny ten przesmyk okalaly wykrzykniki, przypominajac, ze nie wolno w nim opuscic wehikulu w jakichkolwiek okolicznosciach.
Resztkowe promieniowanie wywolane przez termojadrowcow bylo wciaz niebezpieczne dla czlowieka poza pancerzem wielkochodu. Wylot wawozu oddzielala od wejscia w przesmyk milowa rownina, czarna, jakby obsypana sadzami. Mogl na niej znow uslyszec Gossego. Zmilczal o zderzeniu ze skala, a Gosse powiedzial mu, ze za przesmykiem Wielkiego Cypla, w polowie drogi, radiowa opieke przejmie nad nim Graal. Tam tez rozpoczynala sie trzecia, ostatnia czesc drogi przez depresje.
Czarny pyl, zalegajacy rownine miedzy dwoma wybrzuszeniami gorotworu, pokryl nogi Diglatora wyzej kolan. Szedl w jego niskich klebach szybko i sprawnie ku niemal prostopadlym scianom przestrzeliny. Dotarl do niej przez gruzy, zeszklone na gladkich powierzchniach odpekniec slonecznym zarem wybuchu. Odlamy te, twarde jak diament, miazdzone irydowymi podeszwami Diglatora, rozpadaly sie z hukiem wystrzalow. Ale dno przesmyku bylo gladkie jak stol. Szedl juz miedzy osmalonymi scianami, w poglosie gromowych ech stapania, ktore stalo sie jego wlasnym: wrosl w maszyne i byla jego cielesnym wyolbrzymieniem. Dostal sie w mroczna glab, tak nagla, tak nieprzejrzysta, ze musial zapalic reflektory. Ich rteciowe blaski walczyly w kotlowisku cieni, szamoczacych sie miedzy filarami skalnej gardzieli, z zimnym, rudym, nieprzychylnym swiatlem nieba, jasniejacego w bramie przesmyku, ktora stawala sie tym wieksza, im blizsza. Na ostatnim odcinku przesmyk zwezal sie, jakby nie mial juz przepuscic jego wielkoluda, jakby musial sie zaklinowac jego kanciastymi barami w kominiastym sciesnieniu, lecz byla to iluzja — po obu stronach zostawalo kilka metrow luzu. Inna rzecz, ze zwolnil, bo „Polluks“ wchodzil w tym wieksze boczne kolysanie, im szybciej szedl i na to nie bylo rady. Kaczkowaty chod w przyspieszeniu wynikal z praw dynamicznie rozpedzonych mas i nie ze wszystkim udalo sie inzynierom pokonac wielkie momenty obrotowe. Koncowe trzysta metrow szedl znow coraz stromiej pod gore, uwaznie stawiajac stopy i troche wychylal sie ze swego wysoko zawieszonego miejsca, by dobrze widziec, na czym stawia wiezowa noge. To przepatrywanie pobliza tak go zajelo, ze dopiero gdy swiatlo, otoczywszy go ze wszystkich stron, rozjasnilo kabine, poderwal glowe i zobaczyl zupelnie inny, nieziemski krajobraz.
Wielki Cypel trwal nad bialym i rudym oceanem welnistych chmur, samotny, czarny, smukly, jedyny na niebie po horyzont. Zrozumial, czemu niektorzy nazywaja go Bozym Palcem. Wyhamowal z wolna kroki i zatrzymawszy sie w tym najwspanialszym widokowo miejscu, sprobowal — w sciszonym spiewie turbin — wylowic glos Graala. Nie uslyszal jednak nic, wiec poczal wzywac Gossego, ale i ten sie nie odezwal. Byl wciaz w radiowym cieniu. Zaszla wtedy osobliwa rzecz. Przedtem radiowy kontakt z kosmodromem byl dlan jakos przykry, zdawal mu sie przeszkadzac, przez to chyba, ze odczuwal nie w slowach, lecz w glosie Gossego skryty niepokoj, jakby niedowiarstwo, czy da sobie rade, i w tym niepokoju tkwilo cos z checi patronowania mu, czego wprost nie znosil. I oto teraz, gdy zostal prawdziwie sam, bo ani ludzki glos, ani automatyczne pulsy radiolatarni z Graala nie mogly go w tym bezkresnym bialym pustkowiu podeprzec, odczul zamiast swobodnej ulgi taka niepewnosc, jak czlowiek w pelnym cudow palacu, ktory nie mial wprawdzie najmniejszej ochoty go opuscic, ale zobaczyl, jak wrota, przedtem zapraszajaco rozwarte, same sie za nim zamykaja. Skarcil sie za bezowocny nastroj podobny do leku i zaczal schodzic ku powierzchni obloczonego morza po zboczu dosc lagodnym, ale miejscami oblodzonym, prosto na Wielki Cypel, czarny, siegajacy nieba i tak ugiety, jakby byl palcem, ktory przyzywa go ku sobie.
Raz i drugi podeszwowa plyta wielkochodu obsliznela sie z tepym zgrzytem, bijac w dol gromadami glazow wyrwanych z lodowego okucia, ale te poslizgi nie grozily upadkiem. Stawial tylko nogi, zeby wbijac kazda stope zadziorami piety w zaskorupiala szren, przez co poruszal sie wolniej niz dotad. Schodzil wybrzuszonym stokiem miedzy dwoma zlebami, uparcie i przesadnie tupiac, az fontanny bryzgow lodowych obtlukiwaly mu nagolenniki i tarcze kolan, coraz to rzucajac oczami dalej, w glab doliny, ktorej dno przezieralo juz przez rozziewy mgiel, a im nizej schodzil, tym bardziej gorowal nad nim znad odleglych, mlecznie jasniejacych chmur czarny palec Wielkiego Cypla. Dotarl lak do strefy puszystych oblokow, plynacych rowno i wolno jak po niewidzialnej wodzie; oplywaly go juz po uda, po kretarze bioder, jeden owial go wraz z kabina, lecz znikl jak zdmuchniety. Przez kilka chwil Czarny Palec majaczyl jeszcze nad pierzasta biela — jak skalna maczuga, sterczaca nad arktycznym oceanem, nieruchoma wsrod piany i kry, az znikl jak z oczu nurka, ktory zstapil na morskie dno. Przystanal nasluchujac, bo mu sie wydalo, ze slyszy przerywany, slaby, piskliwy ton. Zwracajac Diglatora raz w lewo, raz w prawo, czekal, zeby ten zawodzacy spiew, wcale wyrazny, zabrzmial mu w obu uszach jednakowo. Nie slyszal samego Graala, lecz kierunkowa radiolatarnie Cypla. Mial isc wprost ku niej, a gdyby zboczyl z drogi, przerywany sygnal rozdwoilby sie podlug zboczenia: biorac sie nazbyt w prawo, a wiec w zgubna strone depresji, poslyszalby w prawym uchu ostrzegawczy skowyt, a jesliby zmierzal z przeciwnym odchyleniem, ku nieprzebytym slepym scianom, sygnal odezwalby sie nie az tak alarmowym, choc tez wskazujacym blad basem. Krokomierz pokazal setna mile. Wieksza, technicznie trudniejsza, czesc drogi zostawil za soba. Mniejsza, zdradliwsza, spoczywala przed nim, okutana w mgielna ton. Lite chmury ciemnialy teraz wysoko, widocznosc siegala kilkuset metrow, aneroid zapewnial, ze tu rozposciera sie wlasciwa niecka depresji, a dokladniej, jej uczciwie twarde obrzeze. Szedl zdajac sie zarazem na sluch i na wzrok, gdyz okolice rozjasnialy sniegi, zamarzlego dwutlenku wegla oczywiscie i bezwodnikow innych skrzeplych gazow. Z rzadka wystawaly spod ich bieli narzutowe glazy, slady lodowca, ktory kiedys wtloczyl sie od polnocy w rozpadline wulkanicznego masywu, poglebil ja na poludnie pelznacym cielskiem, przeoral, wzial w denny lod odlamy skalne, a potem, cofajac sie czy topniejac od magmatycznego podgrzewu, idacego z glebin Tytana, powypluwal i zostawil morene, rozrzucona w chaotycznym odwrocie. Krajobraz odwrocil sie, jakby rozpostarl dolem zimowy dzien i przykryl go ciemna od chmur, nocna strona. Angus nie mial juz za towarzysza nawet wlasnego cienia. Stapal pewnie, zaglebiajac oproszone krysztalkami zelazne buty w snieg, a w panoramicznych wstecznych lusterkach mogl widziec wlasne slady, godne tyranozaura, tego najwiekszego z dwunogich drapiezcow mezozoiku, i sprawdzal tymi zerknieciami, czy pozostawiony trop jest wciaz jednako prosty. Jednakowoz od niewiadomego czasu poczela mu sie zdawac dziwna rzecz, ktora odganial jako niemozliwa: odnosil coraz silniejsze wrazenie, ze nie jest w kabinie sam, ze za jego plecami znajduje sie drugi czlowiek, a obecnosc tego czlowieka poznawal po jego oddechu. Tak osaczylo go wreszcie to zludzenie — a nie watpil, ze ma do czynienia z iluzja, wywolana moze zmeczeniem sluchu, stepialego od monotonii radiowych sygnalow, ze wstrzymal oddech. Wtedy tamten przeciagle, wyraznie westchnal. O zludzeniu nie moglo chyba byc mowy. Oslupial, potknal sie, kolosem zatoczylo. Angus poderwal go w rozblysku wskaznikow i zawyciu turbin, hamowal, szedl coraz wolniej, az stanal. Tamten przestal dyszec. A wiec jednak byl to poglos z maszynowych studni Diglatora? Stojac omiotl wzrokiem cala przestrzen, az ujrzal na bezmiernych scieliskach sniegowych czarna kreske, wykrzyknik, zarysowany tuszem na bieli horyzontu tam, gdzie jasnosc nie wyjawiala, czy jest walem nawianych zasp, czy oblokow. A chociaz nigdy nie widzial w podobnej scenerii zimowej wielkochodu z milowej dali, owladnela nim pewnosc, ze to jest Pirx. Ruszyl wiec ku niemu, nie dbajac ani troche o nasilajace sie rozdwojenie sygnalu w sluchawkach. Przyspieszyl chodu. Czarny znak drobiacy u samej sciany bieli byl juz figurka, mrowiaca przez to, ze tez szybko maszerowal. Po kilkunastu minutach jely sie ujawniac jego rzeczywiste rozmiary. Dzielilo ich pol mili, moze nieco wiecej. Dlaczego nie odezwal sie, nie wzywal go nadajnikiem? Sam nie wiedzial, ale nie smial. Wpatrzony do lez, dostrzegal juz w szklistym okienku, sercu kolosa, malenkiego czlowieczka, ktory w zawieszeniu poruszal sie niczym pajacyk na nitkach. Trzymal sie za nim i obaj szli zostawiajac za soba dlugie pylowe kity, niczym statki, z ktorych kazdy ciagnie za soba spieniona bruzde farwateru. Angus doganial go, zarazem koncentrujac uwage na tym, co sie dzialo przed nimi, a dzialo sie, bo w oddali falowala lopoczaca bialo klebiasta zamiec, ktorej przeswity lyskaly jasniejsza nad snieg biela. To byla strefa zimnych gejzerow. Wtedy okrzyknal gonionego, raz, drugi, trzeci, a ze tamten, zamiast odpowiedziec, przyspieszyl kroku, jakby usilowal umknac przed ratownikiem, zrobil to samo gnajac coraz wiekszym rozkolysem tulowia i wymachami poteznych ramion w bliskosc zaglady. Krokomierz drgal u czerwonego kresu — 48 mil na godzine. Angus nawolywal sciganego ochryplym z podniecenia glosem, ktory zamarl mu nagle na ustach, bo czarna postac poszerzyla sie puchnac, wydluzyla, jej kontury stracily ostrosc i nie czlowieka w Diglatorze juz widzial, lecz wielki cien, rozpraszajacy sie w bezksztaltna plame, az rozwiany sczezl. Byl sam i samego siebie usilowal dogonic — fenomen dosyc rzadki, lecz znany i na Ziemi — jako widmo Brockenu