swobodnie po tym college’u. Nie wiem, czy pan sobie zdaje sprawe, jakie wrazenie… moze jest pan troche surowy chwilami… ale teraz rozumiem, dlaczego Patty, to znaczy… – Jej glos zalamal sie, po raz pierwszy okazala zmieszanie.
– Woda sie gotuje – przyszedlem jej z pomoca.
Z wyrazna ulga odwrocila sie do mnie plecami i zrobila kawe. Podszedlem znowu do okna i wygladajac na opuszczony placyk opieralem skron na zimnej szybie.
To sie jeszcze zdarza, pomyslalem. Mimo tego strasznego stroju, mimo pewnej aury podejrzanego zachowania, to sie ciagle jeszcze moze zdarzyc. Po raz tysieczny w zyciu zastanawialem sie, jaki przypadek decyduje o tym, ze ktos rodzi sie z pewnym okreslonym ksztaltem kosci. Ksztalt mojej glowy nie zalezal ode mnie. Byl dziedzictwem po parze rodzicowi obdarzonych czystymi rysami, byla to ich zasluga, nie moja. Jak wlosy Elinor. Wrodzone. Nic, co mogloby byc powodem do dumy. Przypadek, taki jak znamie czy zez. Cos, o czym zazwyczaj zapominalem i czego przypomnienie zawsze mnie zenowalo. Co wiecej, bylo to dla mnie kosztowne. Stracilem co najmniej dwoch bogatych klientow, poniewaz nie podobal im sie sposob, w jaki ich wlasne zony przygladaly sie mnie zamiast moim koniom.
U Elinor – pomyslalem – to byla sprawa chwilowego zainteresowania, ktore nie potrwa dlugo. Z pewnoscia byla zbyt rozsadna na to, by uwiklac sie w jakakolwiek historie z jednym z eksstajennych swojego ojca. Co do mnie, to postanowilem trzymac rece z daleka od siostr Tarren. Od obydwu siostr. Skoro wydostalem sie z plomieni zjedna, nie bede skakal w ogien za druga. Mimo wszystko bylo mi zal, bo Elinor bardzo mi sie podobala.
– Kawa gotowa – oznajmila.
Odwrocilem sie i podszedlem z powrotem do stolu. Elinor byla znow calkowicie opanowana. Nie bylo juz na jej twarzy blyskow przekory, wygladala niemal powaznie, jak gdyby zalowala tego, co powiedziala, i zamierzala dopilnowac, abym tego nie wykorzystal.
Podala mi filizanke z kawa i podsunela biskwity, ktore jadlem chetnie, bo obiad u Humbera skladal sie z chleba, margaryny i twardego, pozbawionego smaku sera, a kolacja bedzie taka sama. Prawie zawsze w soboty tak bylo, bo Humber wiedzial, ze jemy w Posset.
Rozmawialismy spokojnie o koniach jej ojca. Pytalem, jak radzi sobie Sparking Plug, a ona odpowiedziala:
– Dziekuje, bardzo dobrze. Mam tu nawet jakies wycinki na jego temat, chce pan zobaczyc?
– Tak. Bardzo chetnie.
Poszedlem za nia do biurka. Przerzucila jakies papiery, zeby poszukac pod nimi, i kartka z samej gory spadla na podloge. Podnioslem ja, polozylem na biurku i spojrzalem. Wygladalo to na jakis rodzaj quizu.
– Dziekuje – rzekla Elinor. – Nie moge tego zgubic, to jest konkurs towarzystwa literackiego, i zostala mi juz tylko jedna odpowiedz. Gdzie ja moglam polozyc te wycinki?
Konkurs skladal sie z szeregu cytatow, ktorych autora trzeba bylo podac. Wzialem do reki kartke i zaczalem czytac.
– To pierwsze jest bardzo trudne – powiedziala przez ramie Elinor. – Zdaje sie, ze nikt go jeszcze nie rozwiazal…
– W jaki sposob wygrywa sie konkurs?
– Dajac pelna i poprawna liste odpowiedzi.
– A jaka jest nagroda?
– Ksiazka. Ale glownie chodzi tu o prestiz. Mamy tylko jeden konkurs w semestrze, i zawsze jest trudny. – Otworzyla szuflade pelna papierow i roznosci. – Wiem, ze gdzies polozylam te wycinki… – Zaczela wykladac rzeczy na biurko.
– Niech pani sie juz nie trudzi – powiedzialem uprzejmie.
– Alez nie, ja chce znalezc… – Garsc drobnych przedmiotow rozsypala sie na biurko.
Byla wsrod nich niewielka chromowana rurka dlugosci okolo trzech cali, z petla lancuszka biegnaca od jednego konca do drugiego. Widzialem juz cos takiego. Widywalem to nawet czesto. Ma to jakis zwiazek z piciem.
– Co to jest? – zapytalem.
– To? A, to jest cichy gwizdek – dalej kontynuowala poszukiwania. – To dla psow – wyjasnila.
Wzialem gwizdek do reki. Dlaczego uwazalem, ze wiaze sie on z butelkami, kieliszkami, i… i tu swiat nagle sie zatrzymal.
Bylo to niemal fizyczne odczucie, moj umysl jakby chcial rzucic sie skokiem na swoje ofiary. Wreszcie trzymalem w reku Adamsa i Humbera. Czulem swoj galopujacy puls.
Takie proste. Tak bardzo proste. Rurka otwierala sie w srodku, jedna jej czesc byla gwizdkiem, a drugajego przykrywka. Lancuszek laczyl obie czesci. Dmuchnalem w niewielki ustnik. Wydal jedynie nutke dzwieku.
– Nie moze pan tego slyszec – wyjasnila Elinor – ale pies naturalnie moze. Mozna zreszta tak nastawic gwizdek, ze bedzie bardziej slyszalny dla ludzkiego ucha. – Wziela gwizdek ode mnie i odkrecila. – Teraz prosze.
Zagwizdalem. Zabrzmialo to prawie jak zwykly gwizdek.
– Czy moglaby mi pani pozyczyc to na jakis czas? Jesli nie jest to pani potrzebne? Chcialbym przeprowadzic pewien eksperyment.
– Tak, naturalnie. Moj stary ukochany owczarek musial zostac uspiony zeszlej wiosny i od tej pory nie uzywalam gwizdka. Ale odda mi go pan? Bo na wakacje mam dostac szczeniaka i bede tego uzywac, by go cwiczyc.
– Oczywiscie.
– To sie zgadzam. O, mam wreszcie ten wycinek.
Wzialem kawalek gazety, ale nie moglem sie skupic. Widzialem tylko barek w monstrualnym samochodzie Humbera z wieszakiem na szpikulce do lodu, szczypce i drobne chromowane przedmioty. Zawsze rzucalem na nie tylko pobiezne spojrzenie, ale jeden z nich byl wlasnie chromowana rurka z petla lancuszka laczaca jeden koniec z drugim. Jeden z nich byl cichym gwizdkiem na psy.
Zmusilem sie, zeby przeczytac o Sparking Plugu, i podziekowalem Elinor za znalezienie wycinka.
Schowalem gwizdek w pasie na pieniadze i spojrzalem na zegarek. Bylo juz po wpol do trzeciej. Troche spoznie sie do pracy.
Wyjasnila moja sytuacje wobec Octobra i pokazala mi gwizdek, to byly dwie ogromne przyslugi. Chcialem jej sie jakos odwdzieczyc i tylko jeden sposob przychodzil mi do glowy.
– Nigdzie, jak tylko we wlasnej duszy – zaczalem – nie znajdzie czlowiek spokojniejszego schronienia i uwolnienia od klopotow…
Elinor spojrzala na mnie zaskoczona.
– To ten cytat z konkursu.
– Tak. Czy moze pani korzystac z pomocy?
– Tak. Ze wszystkiego. Ale…
– To jest Marek Aureliusz.
– Kto? – Elinor byla zupelnie wstrzasnieta.
– Marek Aureliusz Antoninus, cesarz rzymski, 121-180 r.
– Jego „Rozmyslania”? – spytala. Kiwnalem twierdzaco glowa.
– To fantastyczne… gdzie pan chodzil do szkoly?
– Chodzilem do wiejskiej szkoly w Oxfordshire. – Rzeczywiscie tak bylo, przez dwa lata, zanim skonczylem osiem lat. – I mielismy nauczyciela, ktory ciagle wduszal nam Marka Aureliusza. – Tylko ze ten nauczyciel byl w Geelong.
Przez cale popoludnie kusilo mnie, by powiedziec jej cala prawde o sobie, ale nigdy pokusa ta nie byla silniejsza jak w tej chwili. W jej towarzystwie nie potrafilem byc nikim innym, jak tylko soba, i nawet w Slaw mowilem do niej poslugujac sie moim naturalnym akcentem. Nieznosne bylo dla mnie jakiekolwiek udawanie przed nia. Nie powiedzialem jej jednak, skad przyjechalem i po co, poniewaz October nie zrobil tego, a sadzilem, ze powinien lepiej znac swoja corke niz ja. Byly wszak te jej pogawedki z Patty, ktorej dyskrecji na pewno nie mozna bylo zawierzyc, i prawdopodobnie October uznal, ze byloby to ryzykowne dla sledztwa. Nie wiedzialem. Ale nie powiedzialem jej.
– Jest pan calkiem pewny, ze to Marek Aureliusz? – zapytala z powatpiewaniem. – Mamy tylko jedno podejscie. W razie pomylki, to tuz bedzie moj koniec.
– Wiec na pani miejscu sprawdzilbym to. To jest we fragmencie o tym, by uczyc sie jak byc zadowolonym ze swego losu. Mysle, ze pamietam to dlatego, ze rzadko bylem w stanie posluchac tej dobrej rady… – Usmiechnalem