mina. To przeciez nie ty zostaniesz zastrzelony dzis po poludniu.

W kazdym razie mialem taka nadzieje.

Podszedlem do kranu, nalalem do wiadra troche wody, wymieszalem natychmiast rozpuszczajacy sie fenobarbiton i wylalem wszystko do scieku. Napelnilem nastepnie wiadro czysta woda i zanioslem Mickeyowi do wypicia.

Kon doslownie zdychal. Pod skora sterczaly wyraznie kosci, leb mial zwieszony w dol. W jego oczach czaila sie jeszcze jakas dzikosc, ale wykanczal sie tak szybko, ze nawet nie mial sily nikogo atakowac. Po raz pierwszy nawet nie probowal mnie ugryzc, kiedy stawialem wiadro; opuscil leb i wysaczyl kilka niechetnych lykow.

Poszedlem nastepnie do pokoju z uprzeza, wzialem z koszyka z zapasami nowe chomato. Bylo to niezgodne z przepisami, jedynie Cass mial prawo wydawania nowej uprzezy. Zalozylem Mickeyowi nowe chomato chowajac tymczasem stare, nadwerezone przez jego dwutygodniowe szarpania, pod sterte slomy. Odczepilem lancuch od starego chomata i przypialem do nowego. Poglaskalem szyje Mickeya, co nie bardzo mu sie podobalo, wyszedlem z boksu i zamknalem jedynie dolna czesc drzwi.

Pojechalismy na trening z pierwsza parda koni, potem z druga, i uznalem, ze o tej porze Mickey pozbawiony porannej dawki narkotyku, wyzwolil sie spod ich dzialania.

Prowadzac Dobbina, na ktorym wlasnie jezdzilem, poszedlem zajrzec do Mickeya przez drzwi stajni. Kiwal glowa z boku na bok i wydawal sie bardzo niespokojny. Biedne stworzenie, pomyslalem. Przez kilka sekund mialem powiekszyc jego cierpienie.

W drzwiach kantoru stal Humber, rozmawial z Cassem. Stajenni krecili sie w te i z powrotem dogladajac swoich koni, dzwonily wiadra z woda, rozlegaly sie nawolywania, zwykly stajenny halas – juz nigdy nie bede mial lepszej okazji.

Ruszylem z Dobbinem przez stajnie do jego boksu. W polowie drogi wydobylem gwizdek z kieszeni pasa, odkrecilem nakretke, po czym rozejrzalem sie dokola, by sie upewnic, ze nikt mnie nie obserwuje, obrocilem glowe, wlozylem do ust gwizdek i mocno dmuchnalem. Wydobyl sie jedynie cien dzwieku, tak wysoki, ze zaledwie moglem go uslyszec poprzez szczek kopyt Dobbina na podlodze stajni.

Rezultat jednak byl natychmiastowy i straszny.

Mickey rzal w przerazeniu. Jego kopyta uderzaly dziko o podloge i sciany, a lancuch, ktorym byl przywiazany, dzwonil za kazdym ruchem.

Odprowadzilem szybko Dobbina do boksu, przywiazalem, schowalem gwizdek do kieszeni pasa i pobieglem przez stajnie do boksu Mickeya. Wszyscy inni zrobili to samo. Humber kustykal szybko przez stajnie. Mickey ciagle jeszcze rzal i walil kopytami o sciane, kiedy zajrzalem do jego boksu przez ramiona Cecila i Lenny’ego. Biedne zwierze stalo na tylnych nogach, najwyrazniej probujac utorowac sobie droge do przodu przez ceglana sciane. I nagle, z cala resztka sily, jaka mu pozostala, opuscil na ziemie przednie nogi i rzucil sie w tyl.

– Uwaga – krzyknal Cecil, cofajac sie instynktownie spod szalenczo rozbieganych tylnych kopyt, mimo ze znajdowal sie w bezpiecznej odleglosci za drzwiami.

Lancuch Mickeya nie byl zbyt dlugi. Kiedy wyciagnal go do konca rozlegl sie nieprzyjemny trzask, i ruch konia w tyl zostal gwaltownie zatrzymany. Tylne nogi wsunely mu sie pod brzuch i z hukiem zwalil sie na bok. Jego nogi wykonaly gwaltowny, dziwny ruch. Leb, ciagle uwieziony w nowym mocnym chomacie, utrzymywany byl w dziwnej pozycji nad ziemia przez naprezony lancuch, a nienaturalny kat nachylenia lba byt wystarczajaco wymowny. Kon zlamal kark. W istociespodziewalem sie tego troche, jako najlepszego sposobu, by opanowac jego szalenstwo.

Wszyscy zebrali sie przed boksem Mickeya. Humber rzuciwszy okiem na martwego konia, odwrocil sie i przyjrzal sie szesciu obdartym stajennym. Przymruzone oczy i pelen szorstkosci wyraz twarzy powstrzymywaly wszystkich od zadawania mu jakichkolwiek pytan. Zapanowalo krotkie milczenie

– Stancie w szeregu – powiedzial nagle.

Stajenni mieli zaskoczone miny, ale wykonali polecenie.

– Wywroccie kieszenie – rozkazal Humber.

Stajenni posluchali, zaciekawieni. Cass przeszedl wzdluz szeregu, ogladajac zawartosc kieszeni i sprawdzajac dokladnie, czy na pewno nic wiecej w nich nie ma. Kiedy zblizyl sie do mnie, pokazalem mu brudna chustke do nosa, scyzoryk, kilka monet i wywrocilem kieszenie. Wzial ode mnie chusteczke, potrzasnal nia i zwrocil mi. Gwizdek w kieszeni mojego pasa byl niemal w zasiegu jego reki.

Poczulem na sobie badawczy wzrok Humbera, ktory stal oddalony o jakies dwa kroki, ale kiedy tak staralem sie nadac mojej twarzy wyraz rozluznienia i zaciekawienia, stwierdzilem ze zdumieniem, ze ani nie oblewalem sie potem, ani nie odczuwalem napiecia miesni, zeby to osiagnac. W dziwny sposob bliskosc niebezpieczenstwa sprawila, ze pozostalem obojetny i myslalem jasno. Nie bardzo to rozumialem, ale w jakis sposob to wlasnie mi pomoglo.

– Tylne kieszenie? – spytal Cass.

– Nic tam nie ma – odpowiedzialem obojetnie, obracajac sie, aby mu pokazac.

– W porzadku. Teraz ty, Kenneth.

Wywrocilem z powrotem moje kieszenie i wlozylem do nich wyjete przedmioty. Nie drzaly mi rece. Niezwykle, pomyslalem.

Humber obserwowal cala scene, czekajac az kieszenie Kennetha zostana oproznione, wtedy skinal Cassowi glowa i wskazal puste boksy. Cass przeszukal boksy koni, ktore wlasnie skonczylismy trenowac. Dotarl szybko do ostatniego, pokrecil glowa i wrocil. Humber wskazal w milczeniu na garaz, w ktorym stal bentley. Cass zniknal, powrocil i znow spokojnie pokrecil glowa. Humber w milczeniu poczlapal do kantoru, opierajac sie na swojej ciezkiej lasce.

Nie mogl slyszec gwizdka, nie mogl tez podejrzewac, ze ktorykolwiek z nas uzyl go tylko po to, by sprawdzic, jak na to zareaguje Mickey, poniewaz gdyby to podejrzewal, kazalby nam rozebrac sie do naga i przeszukalby staranniej. Ciagle jeszcze przypuszczal, ze smierc konia byla wynikiem przypadku, i mialem nadzieje, ze nie znalazlszy gwizdka w naszych kieszeniach ani w zadnym boksie, dojdzie do wniosku, ze ataku Mickeya nie spowodowal zaden z grupy nedznych stajennych. Jezeli tylko Adams przyzna mu racje, bylem ocalony.

Tego popoludnia na mnie wypadalo mycie samochodu. Gwizdek Humbera byl na miejscu, porzadnie ulokowany za paskiem skorzanym miedzy korkociagiem i para szczypiec do lodu. Przyjrzalem mu sie tylko i zostawilem na miejscu.

Adams przyjechal nastepnego dnia.

Mickeya zabral rzeznik sprzedajacy mieso dla psow, ktory zreszta bardzo narzekal na chudosc konia, ja tymczasem bez przeszkod zanioslem nowe chomato do koszyka z zapasami, pozostawiajac stare zwisajace jak zwykle na koncu lancucha. Nawet Cass nie zauwazyl podmiany.

Adams i Humber poszli pod boks Mickeya i oparlszy sie o dolna polowe drzwi, rozmawiali. Jerry wytknal glowe z nastepnego boksu, zobaczyl ich i szybko zniknal. Ja kontynuowalem swoje zwykle zajecia niosac dla Dobbina siano i wode i wynoszac nawoz z jego boksu.

– Roke – wrzasnal Humber – chodz tutaj. Tylko szybko.

– Slucham pana – podbieglem blyskawicznie.

– Nie wyczysciles tego boksu.

– Przepraszam pana. Zrobie to dzis po poludniu.

– Zrobisz to – rzekl z naciskiem – zanim pojdziesz na obiad.

Doskonale wiedzial, ze znaczylo to niejedzenie w ogole obiadu. Spojrzalem na niego. Ciagle jeszcze przygladal mi sie z rozmyslem, powieki mial polprzymkniete, a usta wykrzywione.

Spojrzalem w ziemie i odparlem cicho: – Tak, prosze pana.

Nie bylem tu jeszcze nawet osmiu tygodni i powinienem liczyc na jeszcze trzy dalsze. Jezeli zamierzal juz sie mnie pozbyc, moglem nie zdazyc wykonac zadania.

– Na poczatek – powiedzial Adams – mozesz podniesc to wiadro i wyniesc je.

Zajrzalem do boksu. Wiadro Mickeya stalo jeszcze przy zlobie. Otworzylem drzwi, podnioslem je, odwrocilem sie, by wyjsc, i stanalem jak wryty. Adams wszedl za mna do boksu. W reku trzymal laske Humbera i usmiechal sie. Upuscilem wiadro i umknalem do kata. Rozesmial sie.

– Nie brales dzisiaj na uspokojenie, co, Roke?

Nie odpowiedzialem. Podniosl reke i galka laski wyladowala na moich zebrach. Bylo to mocne uderzenie, calkiem swiadome. Kiedy znow podniosl reke, rzucilem sie pod jego reka za drzwi. Za mna rozlegl sie wybuch

Вы читаете Dreszcz
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату