sie.

– Wie pan – zaczela, ale jakby z pewnym niezdecydowaniem w glosie. – To nie moja sprawa, ale mozna by pomyslec, ze troche sie pan ocieral w swiecie. Pan sprawia wrazenie zdecydowanie inteligentnego. Dlaczego pracuje pan w stajni?

– Pracuje w stajni – odpowiedzialem z absolutna, nie pozbawiona ironii prawda – poniewaz jest to jedyna rzecz, jaka umiem robic.

– Czy bedzie pan to robil do konca zycia?

– Mam nadzieje.

– I to pana zadowoli?

– Bedzie musialo.

– Nie spodziewalam sie, ze to popoludnie spedzimy w ten sposob, szczerze mowiac bardzo sie go balam. A pan sprawil, ze okazalo sie bardzo latwe.

– No, w takim razie wszystko w jak najlepszym porzadku – dodalem z usmiechem.

Usmiechnela sie takze.

Podszedlem do drzwi i otworzylem je, a Elinor powiedziala:

– Lepiej, gdy pana odprowadze. Ten dom musial projektowac architekt zakochany w labiryntach. Znajdowano tu odwiedzajacych, ktorzy bladzili po gornych pietrach konajac z pragnienia wiele dni po tym, kiedy powinni opuscic budynek.

Rozesmialem sie. Elinor szla obok mnie po kretych korytarzach, w dol po schodach az do drzwi na zewnatrz, opowiadajac pogodnie o swoim zyciu w college’u, traktujac mnie jak rownego sobie. Powiedziala mi, ze Durham to najstarszy angielski uniwersytet po Oksfordzie i Cambridge, i ze to jedyne miejsce w Anglii, gdzie odbywaly sie zajecia z geofizyki. Byla to naprawde bardzo mila dziewczyna.

Na stopniach podalismy sobie rece.

– Do widzenia – powiedziala. – Przykro mi, ze Patty byla taka podla.

– Mnie nie. Gdyby nie byla, nie spedzilbym tu dzisiejszego popoludnia.

Elinor rozesmiala sie.

– Ale za jaka cene?

– Warto bylo.

W jej szarych oczach widoczne byly ciemniejsze plamki.

Obserwowala mnie, kiedy podszedlem do motocykla, usiadlem na siodelku i zalozylem kask. Wtedy szybko pomachala reka i z powrotem weszla w drzwi. Zamknely sie za nia glucho.

14

W drodze powrotnej zatrzymalem sie w Posset, by zobaczyc, czy October nie nadeslal komentarzy na temat mojej teorii, ktora przekazalem mu w ubieglym tygodniu. Jednak nie bylo dla mnie zadnego listu.

Chociaz i tak bylem juz spozniony na wieczorne obrzadki w stajni, zatrzymalem sie na poczcie dluzej, by napisac do Octobra. Nie wychodzil mi z glowy Tommy Stapleton: umarl nie przekazawszy tego, co wiedzial. Nie chcialem popelnic tego samego bledu. I nie chcialem takze umierac, w gruncie rzeczy. Pisalem szybko.

„Mysle, ze kluczem do sprawy jest tu cichy gwizdek, uzywany na psy. Humber ma taki w swoim samochodowym barku. Czy pamieta pan konia Old Etonian? W Cartmel w dzien wyscigow odbywaly sie rano gonitwy psow”.

Wyslawszy list, kupilem duza tabliczke czekolady dla oslony i komiks dla Jerry’ego, i staralem sie niepostrzezenie wjechac na podworze. Jednak Cass zlapal mnie i powiedzial, ze bede mial duze szczescie, jezeli dostane wolne popoludnie w przyszla sobote, bo teraz zamelduje o mnie panu Humberowi. Westchnalem z rezygnacja i zabralem sie do wieczornych obowiazkow, czujac jak zimna, nieswieza, pelna przemocy atmosfera tego miejsca znowu przenika mnie do kosci.

Jednak teraz czulem sie troche inaczej. Gwizdek, niby granat, spoczywal w moim pasku. Znaczyl wyrok smierci, gdyby go u mnie znaleziono. Tak w kazdym razie przypuszczalem. Nalezalo jeszcze sie upewnic, czy moje wnioski szly we wlasciwym kierunku.

Prawdopodobnie Tommy Stapleton podejrzewal, co sie swieci, i przyjechal prosto do stajni Humbera, by mu to powiedziec. Nie mogl wiedziec, ze ludzie, z ktorymi ma do czynienia, gotowi sa zabic. Ale poniewaz on zginal, ja to wiedzialem.

Mieszkalem obok nich przez siedem tygodni i bylem ostrozny, mialem tez zamiar do samego konca nie dac sie zdemaskowac, wiec przez cala niedziele rozmyslalem, w jaki sposob bede mogl przeprowadzic swoj eksperyment i nie wpasc.

W niedziele po poludniu, kolo piatej, na podworze wjechal Adams swoim blyszczacym czarnym jaguarem. Jak zwykle na jego widok moje serce zatrzymalo sie. Razem z Humberem przeszedl przez stajnie, dokonujac zwyklej inspekcji i na dluzszy czas zatrzymal sie przy boksie Mickeya. Ani on, ani Humber nie weszli do srodka. Humber wiele razy byl w boksie Mickeya od tego dnia, kiedy pomogl mi zaniesc pierwsza porcje wody z proszkiem, ale Adams nie byl tam ani razu.

– Co o tym myslisz, Hedley? – zapytal Adams. Humber wzruszyl ramionami i dodal: – Nie ma poprawy.

– Spisac go na straty?

– Tak mi sie wydaje. – Humber byl wyraznie przygnebiony.

– Co za cholerny pech – rzekl gwaltownie Adams. Spojrzal na mnie: – Ciagle szpikujesz sie srodkami uspokajajacymi?

– Tak, prosze pana.

Zasmial sie nieprzyjemnie. Uwazal to za zabawne. Nagle jego twarz pochmurniala i rzucil ostro do Humbera:

– Widze, ze to nie ma sensu. Skoncz z nim.

– Dobrze, zrobie to jutro. – Humber odwrocil sie.

Slyszalem, ze przeszli do nastepnego boksu. Spojrzalem na Mickeya. Zrobilem dla niego, co moglem, ale sprawy od samego poczatku zaszly za daleko. Po dwoch tygodniach zamieszania w konskiej glowie, ciaglego stanu otepienia w wyniku narkotykow i braku apetytu, stan Mickeya byl godny politowania i kazdy czlowiek o sercu troche bardziej miekkim niz Humber juz dawno kazalby go uspic.

Urzadzilem Mickeya wygodnie na ostatnia noc, udalo mi sie przy tym uniknac kolejnego zagrozenia ze strony jego zebow. Nie moglem powiedziec, ze bylo mi przykro z powodu rozstania, bo dwa tygodnie zajmowania sie nienormalnym koniem wystarczylyby kazdemu, ale fakt, ze ma zostac zgladzony nastepnego dnia, zmuszal mnie do bezzwlocznego przeprowadzenia eksperymentu.

Nie czulem sie calkiem do tego przygotowany. Kiedy odlozylem na noc szczotki i szedlem przez podworze do kuchni, probowalem znalezc choc jeden rozsadny powod, zeby to odlozyc.

Skwapliwosc, z jaka znalazlem wymowke, by nie przeprowadzac eksperymentu, uswiadomila mi rzecz straszliwa i nieprzyjemna, ze po raz pierwszy od czasow dziecinstwa naprawde sie balem.

Moglem sprawic, ze October przeprowadzi ten eksperyment z koniem Six-Ply – pomyslalem. Czy z innymi konmi. Nie musialem robic tego sam. Byloby na pewno znacznie rozsadniej, gdybym nie robil tego sam. October mogl to przeprowadzic zupelnie bezpiecznie, a jezeli Humber mnie odkryje, to juz jestem prawie trup, powinienem wiec zostawic to Octobrowi.

Wtedy wlasnie zorientowalem sie, ze sie boje, i to mi sie nie podobalo. Stracilem wiekszosc wieczoru na podjecie decyzji, ze sam przeprowadze doswiadczenie. Na Mickeyu. Nastepnego ranka. Przerzucenie tego na Octobra byloby z pewnoscia bardziej rozsadne, ale musialbym jakos potem dojsc do ladu z soba. Po co wlasciwie porzucilem dom, jesli nie po to, by przekonac sie, co moge, a czego nie moge zrobic?

Kiedy nastepnego ranka przyszedlem z wiadrem pod drzwi kantoru, zeby dostac ostatnia dawke fenobarbitonu dla Mickeya, w sloiku pozostalo go juz bardzo niewiele. Cass przechylil szklany pojemnik dnem do gory i uderzal nim o brzeg wiadra, zeby nie zmarnowala sie zadna drobina bialego proszku.

– Taka jego dola, biednego drania – rzekl zamykajac z powrotem pusty pojemnik. – Szkoda, ze nic juz nie zostalo, moglibysmy tym razem dac mu podwojna dawke. No, zmiataj z tym – dodal ostro – nie stercz tu z ponura

Вы читаете Dreszcz
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ОБРАНЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату