wchodzacego do zagrody. Wzial Kanderstega za uzde, co wygladalo jak gdyby uspokajal konia. Jak mogl ktos, kto lubi konie, puszczac na nie miotacz plomieni! A Jud, to bylo zupelnie jasne, bedzie to robil jeszcze raz. Zostawil konia, poszedl w rog zagrody, podniosl waz i stal ustawiajac dysze.
Ukazal sie Adams, wszedl na wzgorze, nastepnie Humber opierajac sie na lasce dolaczyl do Juda w zagrodzie.
Chwila oczekiwania, zanim Adams machnal przyzwalajaco reka, przedluzala sie, malo uczeszczana droga przez wrzosowiska przejechaly trzy samochody. Wreszcie Adams byl zadowolony Jego ramie powoli podnioslo sie i opadlo.
Humber natychmiast podniosl reke do ust.
Kandersteg wiedzial juz, co to znaczy. Przestraszony wspial sie na tylne nogi, zanim z tylu wystrzelil plomien.
Tym razem wybuch ognia byl ostrzejszy, blizszy i dluzszy. Kandersteg rzucil sie w panice do ucieczki. Miotal sie wzdluz toru, przypominalo to oczekiwanie na umiejscowienie sie w ruletce kuli, na ktora postawiono zbyt duze stawki. Zatrzymal sie jednak na przeciwleglym krancu zagrody, z dala od mojej kryjowki.
Jud przeszedl przez srodek pola, nie wzdluz toru, by znalezc sie za nim. Odetchnalem gleboko z prawdziwa ulga.
Poukladalem swoje konczyny w pozycji wygodnej, zaczynaly jednak dokuczac mi z powodu bezruchu, czulem skurcz w lydce prawej nogi, ale nie mialem odwagi sie poruszyc, dopoki trzej mezczyzni pozostawali w zasiegu mojego wzroku, a ja w ich polu widzenia.
Zamkneli Kanderstega w malej zagrodzie i poszli do szopy. Z najwieksza ostroznoscia, probujac nie poruszyc gnijacych lisci, rozluznilem nogi i rece, pozbylem sie skurczu, ale okazalo sie, ze jestem caly zdretwialy. Trudno… nie moglo to przeciez trwac bez konca.
Najwyrazniej jednak mieli zamiar powtorzyc jeszcze caly proces. Miotacz plomieni ciagle lezal w rogu przy zywoplocie.
Slonce bylo juz wysoko, przygladalem sie odblaskowi, jaki kladlo na lewym rekawie mojej skorzanej kurtki tuz kolo glowy. To bylo zbyt blyszczace. W zywoplotach i rowach nie ma na ogol nic tak odbijajacego swiatlo jak czarna skora. Czy jest mozliwe, rzeczywiscie mozliwe, zeby Wilson przeszedl po raz drugi o metr ode mnie podchodzac tak blisko zywoplotu i nie zauwazyl niezwyklego blysku?
Adams i Humber wyszli z szopy, oparli sie o brame i patrzyli na Kanderstega. Zapalili papierosy i najwyrazniej rozmawiali. Nie spieszyli sie. Skonczyli palic, wyrzucili niedopalki i stali tak jeszcze przez pare minut. Potem Adams poszedl do swojego auta, wrocil z butelka i szklaneczkami. Wilson wyszedl z szopy i przylaczyl sie do nich, i tak stali we trzech w sloncu, spokojnie pijac i rozmawiajac jak gdyby nigdy nic.
Oczywiscie to, co robili, bylo dla nich zwyklym rutynowym zajeciem. Robili to juz co najmniej dwadziescia razy. Ich ostatnia ofiara stala czujnie w zagrodzie, nie poruszajac sie, przerazona, zbyt zgnebiona, by jesc. Patrzac jak pija, poczulem pragnienie, ale w koncu byl to najmniejszy z moich klopotow. Coraz trudniej przychodzilo mi zachowanie nieruchomej pozycji. Stawalo sie to niemal bolesne.
Wreszcie skonczyli. Adams odniosl butelke i szklanki i wspial sie na wzgorze. Humber sprawdzil zamek zwalniajacy bariere, a Jud ustawil dysze weza. Adams machnal reka, Humber zagwizdal.
Tym razem sylwetka Kanderstega zarysowala sie wyraznie, przerazajaco ostro na tle ekranu plomieni. Jud zakolysal cialem, a blyszczacy, rozchodzacy sie strumien przez sekunde przeplynal pod brzuchem konia i miedzy jego nogami.
O malo nie krzyknalem, jak gdybym to ja zostal poparzony. Przez jedna przerazajaca chwile wydawalo sie, ze Kandersteg jest zbyt wystraszony, by uciekac.
I nagle, kwiczac, rzucil sie na tor jak meteor, uciekajac od ognia, od bolu, od psiego gwizdka…
Biegl za szybko, by wziac zakret. Wpadl w zywoplot, odskoczyl, potknal sie i upadl. Oczy wychodzily mu z orbit, zeby mial odsloniete, oszalaly probowal stanac na nogi, wreszcie rzucil sie tuz ponad moja glowa, biegl dokola toru, i dokola, i jeszcze raz… Zatrzymal sie gwaltownie zaledwie dwadziescia metrow ode mnie. Stal nieruchomo, pot splywal mu po szyi i po nogach, cialo drzalo konwulsyjnie.
Jud Wilson z laska i szpicruta w reku rozpoczal marsz po torze… Wolno polozylem glowe miedzy galeziami, probujac pocieszac sie faktem, ze jesli nawet mnie zobaczy, to ciagle jeszcze bedzie nas dzielil odrutowany plot, dajacy mi pewna przewage w ucieczce.
Ale motocykl ukryty byl na polu o dwiescie metrow dalej, podczas gdy jaguar Adamsa zaparkowany byl obok furgonu. Nie chcialbym zakladac sie o moja skore…
Kandersteg byl zbyt przerazony, by sie ruszyc. Slyszalem, jak Wilson krzyczal na niego i strzelal szpicruta, uplynela jednak pelna minuta, zanim kopyta poruszyly sie, i uslyszalem ponad moja glowa ciezkie stapanie.
Mimo zimna, bylem oblany potem. Wielkie nieba, myslalem, przeciez do mojego krwiobiegu wplywa tyle samo adrenaliny, co do krwiobiegu Kanderstega. Zdalem sobie sprawe, ze od momentu, kiedy Jud rozpoczal swoj marsz wokol toru, slyszalem bicie wlasnego serca.
Jud Wilson wrzasnal na Kanderstega tak blisko mojego ucha, ze odczulem to jak uderzenie. Strzelila szpicruta.
– Jazda, jazda, no…
Jud oddalony byl o centymetry od mojej glowy. Kandersteg nie ruszal sie. Znow strzelila szpicruta, Jud krzyczal na konia, tupiac jednoczesnie butem, by go osmielic. Doszlo do mnie nieznaczne drzenie ziemi. Byl moze w odleglosci metra, ze wzrokiem utkwionym w konia. Wystarczylo, by odwrocil glowe… zaczalem myslec, ze wszystko, nawet odkrycie, byloby lepsze od straszliwego napiecia bezruchu.
I nagle bylo po wszystkim.
Kandersteg uskoczyl, uderzyl w bariere i zrobil kilka niepewnych krokow w kierunku konca pola. Jud Wilson ruszyl za nim.
Lezalem jak kloc, czulem sie zupelnie wyczerpany. Moje serce uspokoilo sie powoli. Znow zaczalem oddychac, rozprostowalem dlonie pelne lisci.
Krok za krokiem, opornie, wprowadzil Jud Kanderstega do zagrody w rogu, zamknal bariery. Podniosl miotacz plomieni i wyniosl za brame.
Zadanie bylo wykonane. Adams, Humber i Wilson staneli obok siebie kontemplujac wlasne dzielo.
Jasna siersc zwierzecia zabarwiona byla ciemnymi ogromnymi kregami potu, kon stal w srodku malej zagrody na sztywnych nogach, ze sztywna szyja. Na kazdy ruch ktoregos z trzech mezczyzn podskakiwal nerwowo i znow nieruchomial. Trzeba bedzie duzo czasu, nim uspokoi sie na tyle, zeby mozna go bylo zaladowac do furgonu i odwiezc do Posset.
Mickey spedzil tu trzy dni, ale uznalem, ze po prostu mial zbyt poparzone nogi. Indoktrynacja Kanderstega wydawala sie przebiegac bez zadnych zaklocen, wiec wkrotce powinien znalezc sie z powrotem w stajni.
Dla mnie i moich zesztywnialych stawow nie moglo byc nic lepszego. Obserwowalem trzech mezczyzn gawedzacych w sloncu, przechodzacych od samochodu do szopy i do furgonu, spedzajac bez celu godziny poranka, przy czym nigdy nie gineli mi z oczu wszyscy naraz. Zaklalem w duchu i opanowalem chec podrapania sie w nos.
Wreszcie zdecydowali sie. Adams i Humber wpakowali sie do jaguara i odjechali w kierunku Tellbridge. Ale Jud Wilson podszedl do szoferki furgonu, wyciagnal papierowa torbe i usiadlszy na ogrodzeniu zabral sie do jedzenia. Kandersteg nie poruszal sie w swojej zagrodzie, to samo robilem ja w moim rowie.
Jud Wilson skonczyl jesc, zwinal w kulke papierowa torbe, ziewnal, zapalil papierosa. Kandersteg ciagle sie pocil, a mnie wszystko bolalo. Dokola spokoj. Czas mijal.
Jud Wilson konczyl papierosa, wyrzucil niedopalek i znow ziewnal. Potem powoli, bardzo powoli zszedl ze sztachet furtki, wzial miotacz plomieni i zaniosl do szopy.
Zaledwie przeszedl przez drzwi, kiedy zesliznalem sie w plytki row, wyciagnalem sie na boku, nie zwracajac najmniejszej uwagi na wilgoc, powoli, bolesnie rozprostowywalem po kolei: zdretwiale rece i nogi.
Spojrzalem na zegarek, dochodzila druga. Bylem glodny i zalowalem, ze nie zabralem choc jeszcze jednej tabliczki czekolady.
Przelezalem w rowie cale popoludnie, nic nie slyszac, ale oczekujac na odjazd furgonu. Po jakims czasie, mimo zimna i obecnosci Juda Wilsona, z trudem opanowalem chec snu, byla to dosc zabawna sytuacja, moglbyjej zapobiec jedynie ruch. Wobec tego obrocilem sie na brzuch i ostroznie, centymetr po centymetrze podnioslem glowe na tyle wysoko, zeby spojrzec na Kanderstega i szope.
Jud Wilson znowu siedzial na plocie. Katem oka musial dostrzec moj ruch, bo nie patrzyl na konia stojacego tuz