Wlozyli siodlo na konia i Jessie zrobila krok do tylu.

– Dasz sobie teraz rade?

– Jasne. Dziekuje.

Jessie czekala niecierpliwie, az Billy zapnie popreg upchniety pod siodlem. Chlopiec mial za krotkie rece, aby go dosiegnac. Wreszcie obszedl konia i umocowal pas zbyt luzno.

– Czy ty w ogole nic nie potrafisz? – spytala gderliwie i podeszla, aby mu pomoc.

Gdy juz wszystko bylo gotowe, Jessie popatrzyla surowo na chlopca. Ten jednak usmiechnal sie uszczesliwiony.

– Ty tak naprawde wcale mnie nie nienawidzisz, prawda?

Popatrzyla na niego zdumiona. Czyzby ten smarkacz czytal w niej jak w otwartej ksiedze?

– Nie cierpie.

– A ja mysle, ze troche mnie lubisz – upieral sie.

– Wiec bardzo malo wiesz – rzucila lekko.

Chciala tylko podroczyc sie z malym, ale gdy spojrzala mu w oczy, dostrzegla, ze blyszcza w nich lzy.

– Och, Billy! Tylko sie z toba przekomarzam. Oczywiscie, ze cie lubie, ale nie waz sie zdradzic matce, co mowilam, slyszysz?

Rozdzial 8

Jeb byl niezlym gawedziarzem, a znalazl wdzieczne audytorium w osobie Billy'ego Ewinga. Jessie – oparta o porecz – wpatrywala sie z rozbawieniem w twarz swego brata, wsluchanego w kolejna historyjke.

Pod koniec szescdziesiatego trzeciego roku Straz Obywatelska Montany o malo co nie wyslala Jeba do swietego Piotra. Straz powstala w Wirginii, miescie, w ktorym popelniono dwiescie morderstw w ciagu zaledwie szesciu miesiecy. Jeba pomylono po prostu z czlonkiem duzego gangu. Zostal oddany pod sad i skazany na szubienice. Ocalil zycie wylacznie dzieki temu, ze prawdziwego zbrodniarza rozpoznano w tlumie gapiow. Jeb uwielbial o tym przypominac przy kazdej okazji.

Jessie slyszala jednak te opowiesc stanowczo zbyt wiele razy. Wyszla wiec ze stajni, a Billy i Jeb, pochlonieci rozmowa, nawet tego nie zauwazyli.

Dziewczyna pomaszerowala wolno na ganek i rozsiadla sie wygodnie na jednej z kanap obitych skora. Bylo duszno i niezbyt zimno. Nie chciala wracac do domu mimo poznej pory.

Przymknela oczy w nadziei, ze swieze powietrze rozjasni jej w glowie, tak by mogla zasnac. Zaczela wlasnie powoli odzyskiwac spokoj, gdy uslyszala pytanie:

– Gdzie jest chlopiec?

Powoli odemknela powieki. Najpierw nie zauwazyla Chase'a i musiala rozejrzec sie dookola, by dojrzec go wreszcie na stopniach, opartego o kolumne.

– Znajdzie go pan w stajni, z Jebem.

– Wcale go nie szukam, bylem tylko ciekaw, gdzie sie podzial. Sadzilem, ze polozyl sie wczesniej spac; tak dlugo dzis jezdzil konno.

Jessie usmiechnela sie do siebie na mysl o tym, jak bardzo Billy stara sie jej dorownac.

– Rano bedzie pewnie obolaly, ale mysle, ze dobrze sie bawil.

– Nie mam co do tego watpliwosci. Juz od dawna chcial z toba jechac.

Jessie wyprostowala plecy.

– Skad pan wie?

– Billy opowiada mi czasem rozne rzeczy – odparl z duma Chase. – Zabierzesz go jeszcze kiedys?

– Nie myslalam o tym. – Jessie wzruszyla ramionami. – W kazdym razie nie jutro. Nie bedzie mnie na ranczu.

– Ach tak?

Czula, ze wzbiera w niej gniew, pod ktorym czail sie bol, jaki zadal jej Chase tego ranka.

– Owszem, i to nie panski interes.

– Moze zechcialabys mowic mi po imieniu? – zaproponowal z milym usmiechem.

– Nie znamy sie na tyle dobrze.

– Mozna to latwo naprawic. Co chcialabys o mnie wiedziec?

– Nic – odparla z uporem w glosie, przymykajac oczy.

– To fatalnie, bo ja bylbym ciekaw bardzo wielu rzeczy. Popatrzyla na niego ostro. Czyzby znowu drwil?

– Dlaczego? – spytala.

– Roznisz sie bardzo od innych dziewczat. Wychowano cie w zaiste fascynujacy sposob. Powiedz, czy o tym wlasnie marzylas? O takim zyciu?

– Co za roznica? – odparla. – Juz przepadlo. Jestem, jaka jestem. – Za wszelka cene probowala ukryc gorycz. Nie przyznalaby sie nigdy Rachel ani temu mezczyznie, jak bardzo nienawidzi swego zycia. Najbardziej ze wszystkiego na swiecie pragnela wygladac i zachowywac sie tak jak inne dziewczeta. Zyskala szanse, aby sie zmienic, gdy umarl ojciec, szanse, by stac sie zwyczajna dziewczyna. Wyjazd tych dwojga natretow stworzylby jej znow taka mozliwosc.

– Tak – odparl Chase. – Z pewnoscia jestes unikatem. I nie gniewaj sie na mnie za wscibstwo. Ciekawosc to ludzka rzecz, prawda?

Mial szczery usmiech, rowne, biale zeby, pelne, niezbyt duze usta. A ciemne wlosy wily sie na czole jak…

Jessie otrzasnela sie z zamyslenia. Co sie z nia dzialo? Dlaczego tak na niego patrzyla?

– Ludzie w tych stronach, ciekawi czy nie, raczej nie zadaja wielu pytan – odparla. – No tak, ale pan nie pochodzi stad. Jutro wybieram sie do Czejenow, jesli juz tak to pana interesuje.

– Pojade z toba, dobrze?

– W jakim celu? Aby wypelniac rozkazy Rachel? Przeciez uprzedzalam pana, ze tylko straci pan czas.

– Czy moglbym to jednak sam osadzic? Nie rusze sie stad, dopoki nie spelnie prosby twojej matki. – Staral sie mowic najdelikatniej jak potrafil.

– W takim razie prosze mi koniecznie jutro towarzyszyc – powiedziala szybko Jessie.

Chase rozesmial sie serdecznie.

– Jakze chetnie pozbylabys sie mnie, Jessico. Sprawiasz mi przykrosc. Inne kobiety uwazaja mnie za uroczego, dowcipnego mezczyzne. I lubia moje towarzystwo, mozesz mi wierzyc.

– Ale ja nie jestem kobieta, tylko zepsutym bachorem -odparla Jessica bardzo spokojnie, nie zmieniajac ani na chwile wyrazu twarzy. – Tak wiec to, co ja sadze, i tak nie ma zadnego znaczenia.

Chase zmarszczyl czolo. Nie mogla jednak podsluchiwac? – przemknelo mu przez mysl. Z pewnoscia nie. Inaczej w ogole by z nim przeciez nie rozmawiala.

– Gdzie Rachel? – spytala nagle Jessie.

– Juz spi – odparl, mierzac ja wzrokiem. – Nie sadzisz, ze powinnas ja raczej nazywac mama?

– Nie – odrzekla krotko. – Ja chyba tez sie poloze. -Wstala i przeciagnela sie ostentacyjnie, podkreslajac, ze jest naprawde zmeczona, a nie tylko chce zakonczyc rozmowe. Otaksowal wzrokiem jej cialo – szczegolnie miejsce, w ktorym piersi wypychaly gors koszuli.

A wiec tyle tylko wystarczylo, aby Chase zauwazyl, ze jednak ma do czynienia z kobieta! Przeciagnela sie raz jeszcze, zachwycona sposobem, w jaki sie jej przygladal. Najwyrazniej nie zdawal sobie sprawy, ze gapi sie wrecz niegrzecznie.

– Wyrusze przed switem, jesli zdecyduje sie pan ze mna jechac – powiedziala.

– Tak, coz…

Вы читаете Dziki wiatr
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату