zmiazdzyc.
I udalo mu sie to.
- Nie pozwolilem ci wyjsc - wysyczal glosem, w ktorym trzaskajace polana gniewu spalaly resztke cierpliwosci. - Siadaj!
Harry zawahal sie. Trzasl sie ze zlosci, ale jeszcze bardziej obawial sie tego, co moze mu zrobic Severus, jezeli nie poslucha. Brzuch nadal bolal go troche, po ich ostatniej sprzeczce. A mezczyzna wydawal sie byc w takim stanie, ze moglby zrobic wszystko.
Zawrocil i opadl ciezko na fotel. Snape chyba nieco sie odprezyl. Sciskajace szklanke palce rozluznily sie odrobine. Wzrok z plonacego, zamienil sie w lodowaty. Wykrzywiona zmarszczkami twarz nieco sie wygladzila. Upil lyk i wbil w Harry'ego nieokreslone spojrzenie, ktorego chlopak za nic w swiecie nie potrafil odczytac. Tak jakby mezczyzna odgrodzil sie murem, przez ktory Harry nie byl w stanie sie przebic.
Siedzial wiec i czekal na jakies slowo z jego strony, ale zadne nie padlo. Czas mijal, ciche trzaskanie ognia w kominku zdawalo sie kroic go na male, nierowne kawaleczki.
Harry wpatrywal sie w Severusa w napieciu, czekajac na cios, na pieszczote, na cokolwiek. A niepokoj w jego sercu narastal z kazda chwila. Nie wiedzial, dlaczego ma tak siedziec, ani co sie za chwile wydarzy. Obawial sie tego. Wolal, aby Severus w koncu cos zrobil, poniewaz ta niepewnosc rozrywala jego wnetrznosci na strzepy.
Po jakichs pietnastu minutach Severus poruszyl sie, czym sprawil, ze Harry niemal podskoczyl w fotelu. Mezczyzna odstawil powoli szklanke na blat stolika i spojrzal na wiszacy na scianie zegar. Kiedy przeniosl spojrzenie z powrotem na Harry'ego, jego oczy polyskiwaly czyms na ksztalt... mrocznej satysfakcji?
- Panski szlaban wlasnie sie zakonczyl, panie Potter. Moze pan odejsc.
Harry otworzyl szeroko oczy. Nie potrafil uwierzyc w to, co uslyszal... Jak on mogl? Jak mogl... potraktowac go w taki przedmiotowy sposob? Po tym wszystkim...?
Wiedzial, ze te slowa mialy na celu jedynie go zranic, widzial to po paskudnym usmieszku na wargach mezczyzny.
I wiedzial, ze jezeli zostanie tutaj chocby chwile dluzej, to moze zrobic lub powiedziec cos, czego bedzie zalowal do konca zycia.
Zerwal sie z fotela, zlapal peleryne i wypadl z pomieszczenia, z calej sily trzaskajac drzwiami. Nie ogladal sie do tylu, nie przejmowal ubieraniem peleryny. Wypadl na korytarz i rzucil sie biegiem przed siebie, pragnac stad uciec, pragnac uciec od tego porazajacego uczucia zawodu, pozerajacej od srodka wscieklosci i odbierajacego zmysly bolu.
Wbiegl po schodach na parter, a pozniej na pierwsze pietro, wyciagajac po drodze rozdzke. Wycelowal w pierwszy posag jaki napotkal i rzucil w niego zakleciem spotegowanym jeszcze przez rozsadzajaca go furie, ktory rozwalil go na kawalki. Pyl i odlamki kamieni posypaly sie na wszystkie strony, niektore trafily go w twarz, ale sie tym nie przejal. To bylo za malo. Celowal po kolei we wszystkie wieksze odlamki, rozwalajac je na coraz mniejsze, pozwalajac, by gniew kierowal kazdym jego krokiem, kazdym gestem, kazdym slowem. Z wilgotnym, rozmazanym wzrokiem zlapal jakis wiekszy kawalek i z furia zaczal uderzac nim w sciane. Mial ochote wrzeszczec, kopac, gryzc.
Kamien rozpadl mu sie w dloni i pokaleczyl ja. Harry krzyknal z bolu i upuscil ostre, wbijajace mu sie w skore odlamki. Spojrzal na swoja reke. Krwawila.
Dokladnie tak samo, jak jego...
- No, no, no... Wyglada na to, ze wpakowal sie pan w powazne klopoty, panie Potter - uslyszal za soba znajomy, skrzekliwy glos.
Odwrocil zalzawiona
