twarz i z rezygnacja spojrzal na stojacego na korytarzu Filcha.
Klopoty? Prawde powiedziawszy, w ogole go to nie obchodzilo...
***
Wozny z msciwa satysfakcja zaprowadzil do go McGonagall. Opiekunka domu byla wstrzasnieta zachowaniem Harry'ego, ale kiedy zaczal mamrotac cos o liscie od Lupina, wspomnieniach zwiazanych ze smiercia Syriusza i zalamaniu, ktore spowodowalo, ze stracil nad soba panowanie i... zrobil to co zrobil, wscieklosc McGonagall szybko zamienila sie we wspolczucie. Harry mial wyrzuty sumienia, ze tak klamie, ale przeciez musial cos wymyslic. Filch oczywiscie zadal dla niego najsurowszej przewidzianej w kodeksie kary, czyli zakucia w lancuchy i wychlostania, jednak opiekunka Gryffindoru wyprosila go i powiedziala, ze sama zajmie sie swoim uczniem. Kiedy wozny, mamroczac cos pod nosem, zniknal za drzwiami, oswiadczyla Harry'emu, ze go rozumie i ze nie ma mu tego za zle, chociaz demolowanie szkoly nie jest najlepszym sposobem na pozbycie sie zalu. Musiala mu niestety przydzielic szlaban, w koncu takie byly reguly, ale wybrala cos spokojnego i niezbyt meczacego. Mial posegregowac jutro po obiedzie pergaminy z w klasie, w ktorej uczono Starozytnych Run.
Oswiadczyla takze, ze jezeli bedzie chcial porozmawiac o swoich zgryzotach, to zawsze moze sie do niej zwrocic. Harry podziekowal cicho i wyszedl z gabinetu.
Wydawalo mu sie, ze wiodaca z gabinetu wicedyrektorki do wiezy Gryffindoru droga jeszcze nigdy nie byla tak dluga. Szedl chwiejnie, ledwie powloczac nogami i z przygnebieniem wpatrujac sie w swoje stopy. Odlamki kamieni rozbily mu okulary, ale nie przejmowal sie teraz naprawianiem ich. Nie zalezalo mu na tym. Prawde mowiac, na niczym mu w tej chwili nie zalezalo. Bol w zranionej i zabandazowanej dloni nasilal sie z kazdym krokiem. Powinien pojsc do skrzydla szpitalnego, tak jak polecila mu McGonagall zanim wyszedl, ale nie chcial... W koncu przynajmniej czesciowo odciagalo to jego uwage od bolu, ktory czul wewnatrz.
Mial wrazenie, ze kazdy krok, ktory stawia, prowadzi go coraz blizej ku przepasci. W glowie odbijalo mu sie echo odleglych slow.
Nie ma miejsca na akceptacje czegokolwiek... przypomne ci o tym... potrafie przewidziec pewne reakcje...
Czy o to wlasnie mu chodzilo? Chcial mu w ten sposob pokazac, jak bardzo sie myli? Ze, tak naprawde, gowno wie? Czy moze chcial mu po prostu pokazac, jak potrafi byc okrutny? Jakby Harry jeszcze tego nie wiedzial...
Westchnal gleboko i skrzywil sie, kiedy poczul bolesne uklucie w piersi. Nie potrafil tego zrozumiec. Staral sie, juz wiele razy naprawde sie staral, ale wciaz niektore zachowania Severusa pozostawaly dla niego tajemnica.
Dlaczego mezczyzna sie od niego oddalal? Swiadomosc tego bolala, i to tak bardzo, ze Harry z trudem oddychal. Poniewaz wiedzial, jak wiele wysilku kosztowalo zblizenie go do siebie. Co wiec moglo sie wydarzyc? Co moglo sie tak nagle zmienic?
Podejrzewal tylko, ze ma to zwiazek z czyms, co bylo poza nimi dwoma. Tylko takie wyjasnienie mialo sens.
Spojrzal na swoja dlon. Krew przesiakla juz przez prowizoryczny bandaz. Ale nie mial zamiaru ponownie probowac jej tamowac.
Tak samo jak krwotoku plynacego z serca.
...chodzi tylko o to, czy chcesz i potrafisz kogos skrzywdzic...
Coz, w przypadku Severusa Snape'a, odpowiedz na to pytanie byla w tej chwili az nadto oczywista...
***
Kiedy Harry obudzil sie nastepnego ranka, mial wrazenie, jakby ktos przywalil mu w nocy czyms ciezkim w glowe. Wszystko go bolalo, ale chyba najbardziej poraniona odlamkami dlon. Kiedy wczoraj dowlokl sie do dormitorium, od razu padl na lozko i zasnal niemal natychmiast.
