Let me be your shelter
Let me be your light
I'm here, nothing can harm you
My words will warm and calm you
I'm here with you, beside you,
to guard you and to guide you...*
Odzwyczajonym od nauki uczniom pierwsze dwa dni szkoly niesamowicie sie dluzyly. Nawet zajecia praktyczne wymagaly od nich wiekszego skupienia niz zazwyczaj. Teorie na ogol i tak przesypiali, o ile tylko byla taka mozliwosc, to znaczy, o ile nie byly to zajecia ze Snape'em albo McGonagall.
Irytek znowu mial caly zastep uczniow do dreczenia, a Filch nareszcie mogl ukarac kilka co bardziej pechowych osob za takie zbrodnie jak 'zablacanie korytarzy' albo 'zbyt glosny smiech' i dac tym upust swojej chronicznej frustracji. Prawie Bezglowy Nick przechwalal sie wszystkim uczniom, ktorych napotkal, ze skoro Klub Bezglowych nie chcial przyjac go w swoje szeregi, to on podczas ferii zalozyl wlasny Klub Prawie Bezglowych i zapraszal do niego wszystkich chetnych, ktorzy zamierzali w najblizszym czasie, czyli w przeciagu nadchodzacych stu lat, nie do konca pozbyc sie wlasnej glowy, a nawet oferowal fachowa pomoc i porady w stylu 'jak odciac glowe, aby nie przeholowac' albo 'jak nie stracic glowy w zaledwie piec ciec'. Jak na razie do klubu zapisal sie tylko Neville Longbottom, ktory uwazal, ze przy swoim pechu powinien byc przygotowany na taka okolicznosc.
Jedyna osoba, ktora w pocie czola pracowala na zajeciach, byla oczywiscie Hermiona i juz w ciagu dwoch pierwszych dni zarobila dla Gryffindoru prawie trzydziesci punktow. Niestety, cala reszta Gryfonow stracila dokladnie tyle samo, przez co ostatecznie bilans i tak wyszedl na zero.
Gdy polowa szkoly, a w szczegolnosci mlodsze roczniki, wylegly w poniedzialkowy wieczor na oswietlony pochodniami, iskrzacy od zalegajacego wszedzie bialego puchu dziedziniec szkolny i rozpoczela sie inaugurujaca nowy semestr bitwa na sniezki, Harry udal sie na szlaban do lochow. Bitwy na sniezki byly jednymi z rzeczy, ktore w Hogwarcie uwielbial najbardziej, ale jednak nie az tak bardzo jak smak i zapach penisa Snape'a. Mistrz Eliksirow spelnil swoja obietnice i kiedy Harry zaledwie wszedl do salonu, zostal przywitany slowami Na kolana, a cala reszta wieczoru rozmazala mu sie przed oczami od szybkosci, z jaka Severus wbijal sie w jego usta i od spermy, ktora kilkakrotnie w ciagu calego szlabanu osiadala mu na okularach. Na szczescie Snape nie odebral mu za to punktow...
Kiedy juz powrocil do wiezy Gryffindoru i zostal powitany wspolczujacymi spojrzeniami swoich przyjaciol, mowiacymi: 'my sie tak swietnie bawilismy, a ty nie, och, jakze nam przykro, Harry...', z trudem powstrzymywal sie od smiechu i powiedzenia im, ze bylo wrecz odwrotnie. Zadna, nawet najwieksza i najwspanialsza bitwa na sniezki nie mogla sie rownac z tym, czego wlasnie skosztowal.
Tego wieczoru jeszcze przez jakis czas nie mogl zasnac, rozpamietujac dokladnie kazdy szczegol swojego szlabanu i po jakims czasie wyciagnal spod poduszki Mape Huncwotow, aby sprawdzic, co tez Severus moze teraz robic. Nie zobaczyl go ani w gabinecie, ani w salonie, ani w sypialni. Nie bylo go rowniez w lazience. Podejrzewal, ze pewnie znowu siedzi w swoim laboratorium i warzy jakies skomplikowane mikstury. Juz mial zamknac mape, kiedy spostrzegl poruszenie w samym rogu arkusza. Wystarczyl jeden rzut okiem, aby serce w nim zamarlo.
Przez korytarz prowadzacy z lochow do wyjscia z zamku szli Severus i... Nott.
Znowu!
Harry poczul, jak niepokoj i zolty, jadowity potwor zazdrosci ponownie sie w nim odzywaja.
Spokojnie, tylko spokojnie. Severus powiedzial mu, ze udziela Nottowi korepetycji.
Ale, do diabla, w srodku nocy i to poza zamkiem? Poniewaz obaj wyraznie zmierzali w strone skraju mapy, ku tej czesci bloni Hogwartu, do ktorej mapa juz nie siegala.
A moze... moze obaj udaja sie na jakies spotkanie Smierciozercow? W sumie nie zdziwilby sie, gdyby ojciec Notta wciagnal swojego
