kiedy Colin wysadzil swoj kociolek... - Dziewczyna spojrzala na przyjaciela ze wspolczuciem.
- Powiedzial, ze jezeli jestem taki slepy, ze nie potrafie odroznic czerwonego proszku z odchodow Zgnilikow od zoltego proszku z zasuszonych jaj Mantykor, to powinienem pozyczyc okulary od Pottera i...
Harry'emu opadla szczeka.
- ...i nie chce mnie juz wiecej widziec na swoich zajeciach, a jezeli zechce, to moge wysadzic samego siebie i wtedy wszyscy odetchna z ulga - zakonczyl Colin i westchnal z przygnebieniem.
- McGonagall na pewno sie za toba wstawi - powiedziala Hermiona. - Snape nie moze ot tak sobie wyrzucac uczniow z zajec.
Ron spojrzal na stojacego obok Harry'ego i poklepal go po ramieniu.
- A ty masz niedlugo szlaban z tym lajdakiem. Trzymaj sie, Harry, bedziemy wspierac cie myslami. Miejmy nadzieje, ze wyjdziesz z tego calo.
Harry skinal glowa, zbyt zaszokowany tymi wszystkimi rewelacjami, aby odpowiedziec. Jezeli Snape byl dzisiaj w takim paskudnym nastroju, to teraz naprawde zaczal obawiac sie tego szlabanu. Przeciez znal go i wiedzial, jaki potrafi byc czasami nieprzewidywalny.
Najwyrazniej ten wieczor wcale nie zapowiadal sie tak przyjemnie, jak sadzil...
Po kolacji, na ktorej Severus sie nie pojawil, Harry wyszedl z Wielkiej Sali, odprowadzany wspolczujacymi spojrzeniami Rona, Hermiony i kilku mlodszych Gryfonow, i skierowal sie prosto do lochow.
Coz, lepiej miec to juz za soba. Moze nie bedzie tak zle. Moze Severus tylko na niego powarczy i wyrzuci go za drzwi, bo nie bedzie mial ochoty na jego towarzystwo.
Kiedy zatrzymal sie przed drzwiami do jego gabinetu, czul, jak glosno bije mu serce. Nie chodzilo o to, ze bal sie Severusa. Chodzilo o to, ze bal sie czasami jego... nastrojow. A w zasadzie tego, co moze mu zrobic.
Odetchnal gleboko kilka razy, probujac rozpedzic zbita grude leku, ktora osiadla mu w zoladku, i dotknal drzwi. Przeszedl przez gabinet i ponownie sie zatrzymal, zastanawiajac sie, czy lepiej nie zawrocic, dopoki ma jeszcze taka mozliwosc. Potem moze juz nie byc w stanie.
Trzeci rok Gryffondoru, ktory rowniez mial z nim dzisiaj zajecia, potwierdzil, ze Snape zachowywal sie o wiele paskudniej niz zwykle. I teraz oto Harry stal przed drzwiami jego komnat i czul sie tak, jakby mial zaraz wejsc do jaskini lwa. A raczej weza.
Nie, przeciez to Severus. Nic mu nie zrobi, nawet jezeli ma dzisiaj naprawde kiepski humor. Prawda? Prawda?
Zamknal oczy, odetchnal jeszcze kilka razy, aby dodac sobie odwagi, i wszedl.
W porzadku, zrobil dwa kroki i nikt nie cisnal w niego jeszcze zadnym zakleciem, ani nie powalil na ziemie. Jest dobrze.
Rozejrzal sie po pograzonym w polmroku salonie i dojrzal Severusa, stojacego do niego tylem i robiacego cos przy swoim barku.
- D-dobry w-wieczor, S-Severusie - wydukal cicho i zamknal za soba drzwi.
Mezczyzna nie obejrzal sie, tylko odpowiedzial:
- Siadaj. Czego sie napijesz?
- Ja... - zaczal niepewnie, nie bardzo wiedzac, co powiedziec. - To znaczy... jezeli nie masz dzisiaj ochoty, to wcale nie musze tutaj byc. Mozemy przelozyc ten szlaban na jutro.
Snape odwrocil sie do niego
