Harry widzial, jak oczy Ginny otwieraja sie z przerazenia i szoku i naplywaja do nich lzy. Rozchylila usta, zeby cos powiedziec, ale Snape nie pozwolil jej na to, kontynuujac jeszcze bardziej msciwym, jeszcze zjadliwszym tonem. Jakby probowal ukamienowac ja slowami.
- Jezeli okaze sie, ze jestes w ciazy, zostaniesz natychmiast usunieta ze szkoly razem ze swoim bekartem.
- Jak pan moze...? - zaczela Gryfonka, ale Harry przerwal jej, krzyczac desperacko:
- Ja jej w ogole nie dotknalem!
Brew Snape'a powedrowala w gore.
- Wlasnie tego sie po tobie spodziewalem, Potter - wysyczal mezczyzna, jakby Harry w ogole nic nie powiedzial. - Wystarczy, ze zainteresowala sie toba pierwsza lepsza ladacznica, a ty juz nie potrafiles sie powstrzymac... Widocznie slawa juz calkowicie przycmila ci umysl. Jestes Wybrancem, wiec mozesz miec kazda, tak? Przeciez nikt nie odmowi Chlopcu, Ktory Przezyl!
Harry mial wrazenie, jakby kazde slowo rozdzieralo go na strzepy, kawalek po kawalku.
Nie, nie, nie, nie, nie!
- Powiedz mu! - krzyknal, spogladajac na Ginny. Czul, ze zaraz eksploduje od srodka. To wszystko bylo nie tak! - Powiedz! No przeciez wiesz, jak bylo! Wpadlem na ciebie! - Widzac, ze Ginny jest w stanie tylko patrzec na niego wypelnionymi lzami oczami, doskoczyl do niej i szarpnal nia, wskazujac na Snape'a: - No powiedz mu!
- J-ja... - wyszeptala w koncu, z trudem panujac nad placzem. - Wpadlam na Harry'ego i zaciagnelam go do schowka...
- Zamknij sie! - ryknal Snape, a Ginny az sie wzdrygnela. To juz nie byla nienawisc. To bylo cos znacznie glebszego... - Nie chce znac szczegolow! Nie obchodzi mnie, w jakiej pozycji cie wzial, jak glosno jeczalas jego imie, gdzie cie dotykal, co ci szeptal, ani... - Snape przerwal nagle, dyszac ciezko, jakby wiedzial, ze stracil kontrole. Wyprostowal sie i przymknal oczy, biorac gleboki oddech. Kiedy odezwal sie po chwili, w jego glosie nie bylo juz nienawisci, nie bylo tego czegos, co sprawialo, ze serce Harry'ego chcialo eksplodowac, nie bylo niczego... - Napawacie mnie odraza - rzekl bardzo cichym glosem, w ktorym nie pobrzmiewala nawet jedna nuta uczucia.
Odwrocil sie z lopotem peleryny i zanim Harry zdolal cokolwiek zrobic, juz go nie bylo. Pozostawil po sobie jedynie slaby zapach ziol, odglos opadajacego z sufitu tynku i odbijajace sie od scian echo trzasniecia drzwiami.
Harry stal oslupialy, wciaz sciskajac ramie Ginny i wpatrujac sie w drzwi. W jego glowie szalalo tornado. Mial wrazenie, ze znalazl sie w jakims koszmarze i jeszcze nigdy w zyciu nie pragnal tak bardzo sie obudzic.
To... nie tak. To nie moze sie tak skonczyc. Musi isc... wytlumaczyc... powiedziec... cokolwiek!
Ruszyl przed siebie, jak w amoku, zostawiajac Ginny w schowku. Wypadl na korytarz na uginajacych sie nogach, zarzucil na siebie peleryne, wyminal krecaca sie pod przeciwlegla sciana pania Norris i pognal przed siebie.
W dol. W dol. Do lochow. Jak najszybciej!
Na drugim pietrze potknal sie o maczuge rzezby trolla jaskiniowego i z calym impetem wyladowal na kamiennej posadzce, zdzierajac sobie kolana i nadgarstki, ale w ogole nie zwrocil na to uwagi. Wstal i ruszyl dalej, biegnac tak szybko, jakby od tego zalezalo jego zycie.
Na zakretach odbijal sie od scian, by nie tracic szybkosci i kiedy wpadl do lochow i przebiegl przez kilka korytarzy, zobaczyl go! Zobaczyl
