zachrapal i gdzies po lewej stronie rozlegly sie oburzone szepty Lavender i Parvati, ale Harry w ogole nie zwracal na to uwagi, poniewaz jego mysli wciaz krazyly zupelnie gdzie indziej.
Nie mial pojecia, jak udalo mu sie przetrwac pierwsze dwie lekcje. Przez caly czas byl tak zamyslony, ze w ogole nawet nie pamietal, co robili na Transmutacji. Kiedy dotarl na obiad, rzucil tylko jedno krotkie spojrzenie na stol nauczycielki i widzac, ze nie ma przy nim Snape'a, odetchnal z ulga. Zaraz po obiedzie mialy byc Eliksiry i Harry na sama mysl o tym, ze bedzie musial spotkac sie dzisiaj z tym draniem, czul dziwny uscisk w zoladku, ktory nie pozwolil mu przelknac ani kesa.
Po obiedzie zabral swoja torbe i wraz z Ronem i Hermiona ruszyl na dol do lochow. Klasa juz byla otwarta. Przybywajacy na lekcje uczniowie wchodzili do srodka i siadali przy swoich lawkach. Harry pozwolil, aby Ron i Hermiona go wyprzedzili i weszli pierwsi,
a sam zatrzymal sie tuz przed drzwiami, czujac nagly, niewytlumaczalny strach. Dziwne przeczucie, ktore sprawilo, ze sie zawahal i przez kilka chwil zastanawial sie, czy powinien wejsc... Juz mial kiedys takie przeczucie. W dniu, w ktorym Snape zmusil go do wypicia eliksiru Desideria Intima... Wtedy je zignorowal i skonczylo sie... coz, trudno okreslic, jak. Ale na pewno tamta decyzja zmienila wszystko...
- Wchodzisz, czy zamierzasz tak stac jak kolek? - rozlegl sie za jego plecami glos Zabiniego.
Harry wzdrygnal sie i potrzasnal glowa.
Nie, to bylo glupie. Co jeszcze gorszego mogloby sie stac?
Wzial gleboki oddech i... wszedl do klasy.
Snape stal juz przy swoim biurku, przerzucajac nerwowo jakies lezace na nim papiery. Harry usiadl w lawce, czujac dziwne napiecie w okolicach zoladka. Wyjal swoj kociolek, mosiezna wage, odwazniki oraz ksiazki i ustawil wszystko na stoliku, starajac sie w ogole nie spogladac na majaczacego w drugim koncu sali mezczyzne, poniewaz za kazdym razem, kiedy jego wzrok przypadkowo muskal ciemna, wysoka sylwetke, cos sie w nim szarpalo gwaltownie do przodu i mial problem z zapanowaniem nad tym.
Po pewnym czasie, kiedy w klasie nadal panowal niewielki szum zwiazany z przygotowywaniem sie uczniow do lekcji, Snape nagle trzasnal dlonia w biurko z taka sila, ze wszyscy podskoczyli i spojrzeli na niego z przestrachem.
- Cisza! Nie zycze sobie zadnych szmerow ani szeptow na dzisiejszej lekcji. Kazdy, kto odezwie sie bez pytania, zostanie ukarany. Juz dosc wam poblazalem. Koniec z tym!
Uczniowie popatrzyli po sobie z zaskoczeniem. Snape zawsze byl surowy na lekcjach, ale dzisiejsza zapowiadala sie wyjatkowo... meczaco.
Ron pochylil sie do Harry'ego i wyszeptal:
- A mozemy w ogole oddychac?
- Albo ja mowie niewyraznie, Weasley, albo jestes zbyt tepy, aby zrozumiec najprostsza instrukcje - warknal Snape, wbijajac w Rona ostre spojrzenie. - Gryffindor traci dziesiec punktow.
Ron poczerwienial i natychmiast sie wyprostowal, a od stolu Slizgonow dobiegl rozbawiony chichot Pansy Parkinson. Tnace spojrzenie mezczyzny przenioslo sie na dziewczyne.
- Pani rowniez to dotyczy, panno Parkinson. Slytherin traci dziesiec punktow.
Wyrazy twarzy Gryfonow mozna bylo opisac jedynie jako wyrazajace calkowite oslupienie. Zreszta Slizgoni wygladali na jeszcze bardziej wstrzasnietych. Szczegolnie Pansy, ktora zacisnela usta i wpatrywala sie w Snape'a z takim niedowierzaniem, jakby wlasnie oswiadczyl jej, ze Mikolaj nie istnieje.
Siedzacy po obu stronach Harry'ego Ron i Hermiona wymienili zdumione spojrzenia.
