Harry zamrugal. Co to wszystko mialo znaczyc?
- Nie. Nikt mnie nie pobil - odpowiedzial, lekko juz zdenerwowany cala ta sytuacja.
- Wiedzialam, ze Snape jest wrednym sukinsynem, ale zeby rzucac sie na ucznia w klasie... - powiedziala Angelina, krecac glowa, tak jakby to, co powiedzial Harry, wcale do niej nie dotarlo.
- Bo Harry bronil Neville'a! - zawolal Dennis, podskakujac z przejecia. - Ja wszystko wiem! Od Colina, ktory slyszal to od Mirandy, a jej powiedzial o tym Michael, brat Jolice, ktora przyjazni sie z Ginny. Najpierw Snape kazal Neville'owi wypic jakis eliksir, ale Harry wstal i wytracil mu go z reki. No i eliksir sie roztrzaskal, a Neville sie rozplakal i Snape sie wsciekl i rzucil sie na Harry'ego i popchnal go na lawke. Wywalil wszystkich z klasy, ale Harry'emu kazal zostac i wtedy go pobil, zeby nie bylo swiadkow!
- Co? - Harry byl w stanie wydusic z siebie tylko to jedno slowo.
- Kurcze, musze powiedziec o tym Annie i Denise z piatej klasy! - zawolala Katie, odbiegajac w tlum uczniow, a Angelina podazyla za nia.
- Harry, to naprawde niesamowite, ze nie poszedles sie poskarzyc dyrektorowi! - trajkotal dalej Dennis. - Ja od razu bym tak zrobil! Czym cie pobil Snape? Jakims paskiem? Rozdzka? Chyba nie batem? Ojej! Pewnie batem! To musialo bolec! Musze powiedziec o tym Colinowi! - Odwrocil sie i pobiegl w drugi koniec Pokoju Wspolnego, gdzie jego brat Colin z przejeciem opowiadal grupce drugoklasistow o niesamowitych wydarzeniach na lekcji Eliksirow u szostoklasistow.
Harry powoli odwrocil sie w strone Rona i Hermiony. Dziewczyna zaciskala usta i wpatrywala sie w swoje dlonie, a Ron mial skruszony wyraz twarzy.
- Nie patrz tak na nas - zaczal rudzielec. - Nie my to wymyslilismy. Kazdy dopowiada cos od siebie i juz w koncu nikt nie wie, co tak naprawde sie wydarzylo. Slyszalem nawet taka wersje, ze Snape gonil cie po klasie i cala ja zdemolowal, zanim w koncu cie dorwal.
- Mam dosyc sluchania tych glupot - oswiadczyla Hermiona, odrzucajac do tylu wlosy i biorac gleboki oddech. Wygladala na bardzo przejeta i zdenerwowana. - Chodzmy na kolacje.
- Nie wiem, czy mam ochote... - mruknal Harry, spuszczajac wzrok.
- A ja ci mowie, ze masz - powiedziala zdecydowanym tonem i Harry poczul na sobie jej przeszywajace spojrzenie. Nie mial sil ani ochoty sie klocic. Pokiwal glowa i z trudem podniosl sie z kanapy. Kiedy wychodzili z Pokoju Wspolnego, obejrzal sie jeszcze raz i zobaczyl, jak Colin demonstruje drugoklasistom zamaszyste uderzenia batem.
***
W Wielkiej Sali gwar byl nieco mniejszy niz w Pokoju Wspolnym, ale Harry wiedzial, ze i tak wszyscy rozmawiaja o tym samym. Nie byl pewien, czy powinien sie cieszyc z takiego obrotu spraw. Z jednej strony bylo mu to na reke - nikt nie wysmiewal sie z jego naglego wybuchu, nie uwazal go za bekse i nie probowal dociekac, dlaczego sie rozplakal. Ale z drugiej strony cala ta wrzawa doprowadzala go do frustracji, poniewaz na kazdym kroku przypominano mu o tym, co wydarzylo sie na lekcji. A on nie chcial pamietac!
Odetchnal z ogromna ulga, kiedy, wszedlszy do Wielkiej Sali, zauwazyl ze na kolacji nie bylo ani Dumbledore'a ani Snape'a. Nie potrafilby chyba zniesc przebywania w jednym pomieszczeniu z tym... z tym... Przelknal przeklenstwo w tym samym momencie, w ktorym od stolu Slizgonow dobiegl ryk wesolosci. Odwrocil sie w tamta strone i zauwazyl stojacego w centralnym miejscu stolu Zabiniego, ktory zaslanial sobie dlonia oczy i glosno pociagal nosem. Pomimo glosnego rechotu uczniow, Harry uslyszal, jak udajac, ze szlocha i pochlipuje, wypowiada placzliwym tonem:
- Ale ja nie jestem nikim, panie profesorze. Jestem Wybrancem. Jestem Chlopcem, Ktory Przezyl. I przeciez jestem tez panskim... uczniem... - Kilkoro Slizgonow, usmiechajac sie szyderczo, zerknelo w kierunku Harry'ego. Ale wydarzylo sie cos jeszcze. Cos
