i, unikajac ich spojrzen, rozejrzal sie po Wielkiej Sali. Jego wzrok, niczym sciagany przez jakis tajemniczy magnes, powedrowal prosto ku stolowi nauczycielskiemu.
Snape patrzyl na niego.
Przed oczami Harry'ego natychmiast pojawil sie obraz wykrzywionej w bolu, sciagnietej twarzy i czarnych, gasnacych powoli oczu i w jego zoladku cos sie przewrocilo.
Nie! Nie moze sobie tego przypominac! To byl tylko sen! Tylko sen!
Spuscil wzrok i wbil go w stol, probujac uspokoic rozdygotane serce. Ale skora nadal go palila, co moglo oznaczac tylko jedno - Snape wcale nie przestal na niego patrzec. A nawet mial dziwne wrazenie, ze spojrzenie stalo sie teraz jeszcze intensywniejsze.
Stracil caly apetyt. Odsunal od siebie talerz i wymamrotal:
- Nie jestem glodny. Ide do biblioteki.
- Przeciez prawie nic nie zj... au!- zaczal Ron i syknal z bolu, po czym spojrzal z wyrzutem na Hermione.
Harry nie zwracal na nich uwagi. Byl zbyt zajety walka z wlasnymi demonami.
Po co na niego spojrzal? Po co to zrobil? To bylo jak rozdrapanie swiezo zasklepionej rany, z ktorej ponownie zaczela saczyc sie krew. I musial cos zrobic, zeby ja zatamowac. A jedynym sposobem na to byla nauka. Musial isc do biblioteki. Musial sie uczyc i uczyc i uczyc... aby to, co widzial we snie, nigdy sie nie spelnilo.
*
Harry otworzyl oczy i z determinacja wbil spojrzenie w lezaca przed nim ksiazke. Litery tanczyly mu przed oczami. Probowal cos przeczytac, ale nie potrafil sie skupic. Jego mysli wciaz wedrowaly ku ksiazce, ktora czytal w nocy, a w szczegolnosci ku zakleciu Legilimens Evocis. Dowiedzial sie wczoraj wszystkiego, co bylo mu potrzebne, aby opanowac to zaklecie. Na szczescie stron ze szczegolowa instrukcja dotyczaca tego, jak sie go nauczyc i jak je rzucic, nikt nie wyrwal. Ale sama teoria nie wystarczy. Musial cwiczyc. I to duzo cwiczyc, jezeli wierzyc zapiskom. Ale jak mial to zrobic? Przeciez nie moze cwiczyc na sobie.
Ten problem nurtowal go tak bardzo, ze nie pozwalal mu sie skupic na niczym innym. Glowa bolala go coraz bardziej, a oczy wciaz mu sie zamykaly. Siedzial sam w kacie biblioteki. Bylo jeszcze zbyt wczesnie, by spotkac tu jakiegos ucznia.
A co z innymi zakleciami? Pobieznie przejrzal wczoraj takze wolumin o najbardziej smiercionosnych klatwach i juz same opisy wystarczyly, aby zrobilo mu sie niedobrze. Nie wyobrazal sobie, jak moglby wyprobowac na kims zaklecie roztapiajace skore. Nie bylby w stanie rzucic go nawet na robaka, a co dopiero na istote ludzka. Ale jak ma sie czegokolwiek nauczyc, nie cwiczac? Mial dosyc teorii, chcial praktyki.
Ponownie spojrzal na tekst poswiecony zakleciom wiazacym. Litery rozmazywaly mu sie przed oczami, a glowa ciazyla jak kamien. Polozyl ramie na blacie i ulozyl na nim glowe, mruzac oczy i probujac skupic sie na opisie sposobu rzucania zaklecia zwiazujacego nogi i rece ofiary.
Zanim sie zorientowal, powieki mu opadly i pograzyl sie w glebokim, niespokojnym snie.
*
- Harry!
Swiadomosc Harry'ego bardzo powoli wracala do jego ciala. Otulal go ziolowo-korzenny aromat. Znal ten zapach. To byl zapach Severusa. Czul go zawsze, kiedy sie do niego przytulal. Kiedy lezal w jego lozku. Kiedy po prostu byl obok.
Nie chcial sie budzic. Nie chcial jeszcze wstawac. Bylo mu tak przyjemnie. Severus... byl przy nim, tak blisko...
