oddalajacego sie przyjaciela.
- No co? - powiedzial, wzruszajac ramionami i probujac unikac torpedujacego spojrzenia Hermiony. - Co ja takiego powiedzialem?
***
Harry spojrzal na wiszacy w bibliotece zegar. Cholera, troche sie zasiedzial. Mial spotkac sie z Luna i pocwiczyc zaklecie. Zerwal sie szybko, pozbieral ksiazki i podszedl do stanowiska pani Pince, aby je wypozyczyc. Spieszyl sie. Byl juz spozniony.
Bibliotekarka zapisala wszystkie pozycje, a Harry zgarnal ksiazki i pospiesznie ruszyl do wyjscia. Otworzyl drzwi i ... BUM!
Zderzyl sie z kims. Z kims wysokim, szczuplym i ubranym w czarne szaty. Pachnacym ziolami. Zatoczyl sie do tylu, wpadl na framuge, a ksiazki wylecialy mu z rak i wyladowaly na podlodze.
Potrzasnal glowa, aby pozbyc sie plam sprzed oczu i spojrzal w gore.
Snape. To byl Snape! Stal tuz przed nim. I przygladal mu sie ze zmarszczonymi brwiami.
Harry poczul narastajaca panike, a serce bilo mu teraz gdzies w okolicach gardla. Przelknal sline i spojrzal w dol, na swoje rozrzucone ksiazki.
Boze, Snape byl tak blisko... po raz pierwszy od tak dawna. Harry niemal wyczuwal bijacy od niego chlod. W nos wdzieraly mu sie znajome aromaty. Ziola i korzenie i pizmo i... i gdyby przesunal reke, moglby go dotknac...
Nie! Stop! Co sie z nim dzialo?
Ostatnio czul takie napiecie... a ten zapach... te czarne buty wystajace spod szat... te dlugie palce, ktore zacisnely sie teraz na jednej z jego ksiazek... Chwila! Co zrobily?
Harry zamrugal. Patrzyl z niedowierzaniem, jak Snape pochyla sie i zbiera z podlogi jego ksiazki. Wyraznie widzial ten dlugi nos i czarne, muskajace go kosmyki, ktore tyle razy oplatal wokol swoich palcow.
Zacisnal powieki. Musi sie opanowac. To pewnie przez to, ze niewiele o nim ostatnio myslal i tak jakby... na pewien czas zapomnial go nienawidzic. Musi sobie przypomniec! I to szybko!
Snape wyprostowal sie, trzymajac przed soba narecze ksiazek. Przyjrzal sie okladkom.
- Calkiem interesujace tytuly - powiedzial w koncu, wyciagajac ksiazki w strone Harry'ego. Chlopak stal jak sparalizowany.
Snape... Snape odezwal sie do niego! Po raz pierwszy od prawie dwoch tygodni. Moze Harry nie bylby tym az tak wstrzasniety, gdyby nie fakt, ze Snape najwyrazniej chcial z nim rozmawiac na temat... ksiazek. Pieprzonych ksiazek! Co mial mu odpowiedziec? 'Tak, ale ciagle cie nienawidze, ty dupku'? 'Tak, ale chyba nie sadzisz, ze mam ochote na pogawedke z toba'? 'Tak, ale bylbym wdzieczny, gdybys juz sobie poszedl?' W koncu zdecydowal sie jednak na:
- Uhm.
Wzial ksiazki z rak mezczyzny i przycisnal je do piersi. Nie mial ochoty spogladac mu w twarz. Nie mial ochoty patrzec w te dwa czarne jeziora. Bal sie, ze cos moze sie z nich wynurzyc i wciagnac go pod powierzchnie.
- Powinienes siegnac po pozycje Gideona Slighnera - powiedzial Snape. Jego ton byl swobodny. Jakby zupelnie nic sie pomiedzy nimi nie wydarzylo. - Napisal kilka ciekawych podrecznikow Obrony, ktorych z pewnoscia jeszcze nie czytales.
- Mozliwe, ze sprobuje ich poszukac - odparl cicho Harry, wciaz wpatrujac
