- Nie szkodzi - odpowiedzial troche niepewnie. - To niewazne. Juz o tym zapomnialem.
Severus usmiechnal sie slabo.
- To dobrze.
Chlodne palce zniknely i Snape opuscil reke, a nastepnie siegnal do klamki i spojrzal na Harry'ego. Harry zrozumial sugestie. Poslal mu cieply usmiech i zarzucil na siebie peleryne. Severus otworzyl mu drzwi, a Harry, nie odwracajac sie wiecej, poniewaz kazde spojrzenie na Severusa wywolywalo uklucie bolu, wyszedl na korytarz.
Dopiero kiedy przeszedl kilka krokow, uslyszal ciche trzasniecie drzwi. I nagle poczul sie bardzo, bardzo samotny.
***
- Harry, moze wyjdziemy dzisiaj troche polatac, tak jak ostatnio?
- Nie, dzieki, nie mam ochoty - mruknal Harry, idac razem z Ronem wypelnionym uczniami korytarzem podczas przerwy pomiedzy Zielarstwem, a Zakleciami.
- To moze pogralibysmy w eksplodujacego durnia wieczorem? Mam zamiar skopac ci tym razem tylek.
- Nie, dzieki, moze innym razem - odparl Harry, skrecajac w boczny korytarz razem z kilkorgiem pozostalych Gryfonow.
Ron zwiesil glowe i, szurajac nogami, szedl za nim dalej bez slowa.
Harry byl zirytowany jego namowami i wcale nie bylo mu przykro, ze go rozczarowal. Nie mial ochoty nic dzisiaj robic. Planowal spedzic wieczor w dormitorium, przywolujac wspomnienia z poprzedniej nocy i masturbujac sie.
Przez caly dzien balansowal na granicy histerycznej radosci i przygnebienia. Z szerokim usmiechem na twarzy i zamroczonym spojrzeniem przesadzal gronowki jeczace, ktore swoim zawodzeniem niemal kazdego doprowadzaly do bialej goraczki. Z rozmarzonym wyrazem twarzy sluchal traktatu o wielkiej bitwie pomiedzy goblinami, a olbrzymami na wzgorzach Cotswold w 1823 roku. Nawet Hermiona wyjatkowo nie robila mu uwag, jedynie przygladala mu sie uwaznie co jakis czas. Podczas obiadu jednak nie tknal ani kesa, siedzac ze spuszczona glowa i co chwile zerkajac na stol nauczycielski. Severusa nie bylo dzisiaj na zadnym posilku, pomimo iz nadal przebywal w zamku - Harry wiedzial to, poniewaz przez caly dzien nosil przy sobie mape Huncwotow i sprawdzal, czy Severus juz wyjechal.
- Harry! Harry!
Harry zatrzymal sie i rozejrzal po korytarzu. Pomiedzy uczniami dostrzegl blond czupryne Luny, jednak wydawalo sie, ze wszyscy omijaja ja szerokim lukiem. Dopiero kiedy podeszla blizej, okazalo sie, dlaczego. Na glowie miala czapke z wymachujaca piescia reka, ktora Harry podarowal jej na Gwiazdke. Ron wytrzeszczyl oczy, kiedy ja zobaczyl, a Harry stwierdzil, ze to chyba jednak nie byl najbardziej trafiony prezent.
- Czesc - usmiechnela sie nieprzytomnie, zatrzymujac sie przed nimi i zerkajac w gore, na pokazujaca wlasnie srodkowy palec reke, na ktora Ron gapil sie z otwartymi ustami. - Och, wiem, nie powinnam nosic jej na lekcjach, ale byla taka samotna w dormitorium, ze nie moglam jej tam znowu zostawic. Byloby jej przykro.
Reka w odpowiedzi zamachnela sie i sprobowala zlapac ja za nos, ale Luna odgonila ja.
- Nie przeszkadzaj mi teraz - powiedziala do reki, po czym zwrocila sie do Rona i Harry'ego. - Lubi sie przekomarzac.
Ron przelknal sline, widzac jak zacisnieta piesc kresli w powietrzu kregi, przygotowujac sie do ciosu.
- Nie nazwalbym tego przekomarzaniem sie.
- Och, ona nic mi nie zrobi. Za to wam moze, wiec lepiej nie podchodzcie zbyt blisko.
