Szyk napastnikow zostal przelamany i Indianie rzucili sie do ucieczki. Bylo to zreszta najrozsadniejsze, co mogli zrobic. Uciec, zanim dopadna ich niepowstrzymani, zbryzgani krwia mordercy. Jednakze w momencie, gdy obie grupy walczacych dzielil juz pewien dystans, charakter walki ulegl zmianie. Miotane szybkimi ruchami wlocznie pomknely w kierunku biegnacego tlumu Wikingow; o ich tarcze zagrzechotaly strzaly. Jeden z wojownikow padl, ugodzony wlocznia w podbrzusze — za nim nastepny. Ludzie z Cape Dorset zaczynali — pojmowac co sie stalo i uporzadkowali szyk. Wikingowie nie byli w stanie zewrzec sie z przeciwnikiem — a starcie wrecz bylo jedyna, znana im metoda walki… Szala zwyciestwa zdawala sie przechylac na druga strone, w ciagu kilku minut mogli zostac otoczeni i wybici, jeden po drugim, do nogi.
— Dallas, jesli mozesz ros dla nich zrobic, to juz najwyzsza pora — powiedzial Barney.
— OK. Wzialem tylko jedna pare zatyczek, wiec na panskim miejscu zatkalbym uszy palcami. Barney chcial cos odpowiedziec, ale Dallas przekrecil wlasnie wylacznik i zarowno jego glos, jak i wszelkie inne dzwieki staly sie natychmiast nieslyszalne. Paralizujacy wszystkie zmysly, jekliwy grzmot rozdarl powietrze. Barney wpakowal palce do uszu i oburacz scisnal glowe. Byla to jedyna rzecz; jaka mogl uczynic. Dallas z satysfakcja pokiwal glowa i z drugiej skrzynki zaczal wyciagac swiece dymne i granaty lzawiace. Wytrenowanym, pewnym ruchem reki zaczal ciskac je za palisade, trzymajac rece mocno przycisniete do glowy, Barney z trudem odwrocil sie i spojrzal w dol. W ciagu niewielu sekund obraz pola bitwy zmienil sie zupelnie. Wzmacniacz i granaty byly w rownym stopniu zaskakujace dla — napastnikow, jak i dla Wikingow, jednakze ci ostatni, postepujac zgodnie ze swymi nawykami zbili sie w ciasna, gotowa do odparcia kazdego ataku grupke. Zupelnie odmiennie zareagowali ogarnieci kompletna panika ludzie kultury Cape Dorset. Przerazliwy halas rozdzieral im uszy, wokol nich ze wszystkich stron buchaly slupy gryzacego dymu dlawiac oddech i uniemozliwiajac dostrzezenie czegokolwiek. Bez namyslu i w najwiekszym bezladzie rzucili sie w strone lodzi. Tam, gdzie przed minuta byla atakujaca armia, miotal sie teraz tlum uciekajacych, sklebionych postaci. Na piasku walalo sie kilka nieruchomych cial. Wszystko bylo skonczone. Tlum na plazy walczyl zajadle o dostep do czolen, potykajac sie w klebach gazu lzawiacego. Za nim podazali ostatni maruderzy.
Ludzie Ottara stali skupieni, patrzac prosto przed siebie — gotowi stawic czola kazdemu wrogowi, czy miala to byc istota ludzka, czy sila nadprzyrodzona. Ci, ktorych oslepil gaz lzawiacy, byli rownie zdecydowani walczyc jak reszta. Ich odwaga byla godna podziwu. Dallas wylaczyl wzmacniacz. Fala ciszy niemal fizycznie uderzyla w zdretwiale uszy Barneya, wciaz jeszcze wypelnione przerazliwym, odbierajacym zmysly halasem. Odjal rece od glowy i wyprostowal sie i wolna. Nie byla najmniejszej watpliwosci — pokonani ludzie Cape Dorset pierzchali w nieladzie, a wojownicy wikinscy opuscili tarcze i wymachiwali zwyciesko bronia. Glos Dallasa, ktory wskazywal w strone stojacej na wzgorzu ciezarowki dobiegal don jakby z ogromnej odleglosci, przez niezliczone warstwy puchowej koldry.
— W ogole nie zwrocili uwagi ani na ciezarowke, ani na oboz. Gino musial zasuwac przez caly czas. Spojrzal w dol na rozesmianych radosnie Normanow, ktorzy odrzucali od palisady plonace galezie.
— Ma pan swoja bitwe z Indianami i wyglada na to, ze ma pan wreszcie caly ten swoj film. Barney odwrocil sie od zabitych i rannych i na miekkich nogach zaczal powoli schodzic w dol.
18
— Oto zachod slonca, na jaki czekalismy, Barney. Spojrz na te kolory — powiedzial Charley Chang.
— Krecimy! Gino, jestes gotow? — Barney obrzucil wzrokiem stojaca na zboczu wzgorza ekipe.
— Jeszcze dwie minutki — operator wyjrzal zza kamery. — Poczekajmy az linia chmur nasunie sie dokladnie na samo slonce. Tak bedzie lepiej.
Barney zwrocil sie do Ottara i Slithey, odzianych w najwspanialsze wikinskie kostiumy. Ottara zdobila dodatkowo gumowa blizna i syntetyczne since ledwie widoczne pod bujnymi wlosami na skroniach.
— Sluchajcie, to jest ostatnia scena, tym razem juz naprawde ostatnia. Czekalismy z nia na wlasciwy plener. Wszystko inne mamy nakrecone. Scena sklada sie z trzech ujec. Ich kolejnosc w filmie to 1, 2, 3, ale bodziemy krecic to 1, 3, a dopiero na koncu 2 — obraz waszych sylwetek na tle zachodzacego slonca.
— Ujecie pierwsze — wspinacie sie na wzgorza, obok siebie, robcie to powoli. Zatrzymujecie sie dokladnie tu, na szczycie — tu gdzie jest narysowana linia. Stoicie w tym miejscu patrzac na morze, dopoki nie powiem „teraz”, wtedy Slithey przechyla sie i ujmuje dlon Ottara. Koniec ujecia pierwszego. Potem Ottar otacza jej kibic reka. Stoicie w tej pozycji przez caly czas cofania sie kamery — to bedzie zdjecie koncowe wasze postacie maleja na tle zachodzacego slonca. Jasne? Zrozumieliscie?
Oboje przytakneli.
— Gotow — zawolal Gino.
Sekunde. Kiedy krzyknal „stop”, stoicie dalej na wzgorzu. Dajemy kamere z powrotem i krecimy ujecie numer dwa — dialog. Jasne?
Poszlo bez zarzutu. Ottar byl juz prawie zawodowcem, a przynajmniej z reguly spelnial wiekszosc polecen bez oporu. Wspieli sie na szczyt wzgorza i patrzyli w kierunku zachodzacego slonca. Technicy, popedzani krzykliwymi komendami Barneya przesuwali kamea do tylu, uzyskujac w ten sposob efekt stopniowego oddalania sie pary kochankow. Dla ulatwienia tej operacji ulozono na trawie gladko heblowane deski, majace zastepowac szyny.
— Stop! — krzyknal Barney, gdy rolki kamery dobrnely do konca tej drewnianej trakcji. — Glowni aktorzy zostaja na wzgorzu. Do roboty! Zanim ucieknie nam swiatlo!
Podczas gdy kamere wtaczano z powrotem na szczyt, technicy dzwieku zdolali zainstalowac sprzet nagrywajacy i ustawic mikrofony. W tym samym czasie Slithey jeszcze raz przegladala swoj tekst, a jedna z asystentek rezysera glosno odczytywala Ottarowi odpowiednia partie scenariusza. Slonce powoli zanurzalo sie w morzu i rzucalo na niebo plomienno czerwone blaski.
— Gotow — zameldowal Gino.
— Kamera! I absolutna cisza na planie — przykazal Barney. — Start!
— Daleko stad — zaczal Ottar wyciagajac reke — daleko stad, gdzies za morzem jest nasz dom. Wciaz jeszcze tesknisz za nim, Gudrid?
— Przez dlugi czas moja tesknota nie znala granic. Ale to juz minelo. Walczylismy i umieralismy za ten kraj i teraz jest on nasz… Winland…, ten nowy swiat. Teraz on stal sie naszym domem.
— Stop! Doskonale! Do montazu. Wydaje mi sie; ze wszystko mamy juz z glowy.
Odpowiedzialy mu oklaski. Slithey rzucila sie calowac Barneya, a Ottar ze swej strony niemal zgruchotal mu kosci w uscisku. Byl to niezwykle podniecajacy moment. Wiekszosc detali filmu dawno juz opracowano, a z chwila, gdy te ostatnie sceny zostana pociete, zmontowane i skopiowane, bedzie gotowa calosc. Przyjecie, ktore mialo sie odbyc tego wieczoru zapowiadala sie na wielka impreze.
I bylo nia. Nawet pogoda zdawala sie podzielac ogolny nastroj i ostatnie promienie zachodzacego slonca wpadaly lagodnie przez odsloniete wejscie namiotu, pelniacego funkcje sali balowej. Podano indyka, szampana, cztery rodzaje deserow oraz trunki w nieograniczonych ilosciach. W party brala udzial cala ekipa filmowcow, wiekszosc Normanow i kilka towarzyszacych im kobiet. Zabawa rozkrecala sie.
— Nie chce wracac — zawodzila placzliwie Slithey, roniac rzesiste lzy do kieliszka z szampanem.
— Tak naprawde, to wcale nie wyjedziesz, ani nie bedziesz musiala opuscic dziecka — tlumaczyl jej Barney chyba juz po raz dwudziesty. Sam dziwil sie swojej cierpliwosci, ale ten wieczor byl czyms wyjatkowym. — Wiesz przeciez, ze Kirsten moze byc jego mamka gdyby twoja nieobecnosc przedluzyla sie troche, ale nie ma przeciez zadnego powodu, by tak sie stalo. A zreszta, wez pod uwage, ze tam, w Kalifornii, trudno byloby ci wytlumaczyc, skad sie wzial twoj syn, skoro w ubieglym tygodniu nawet nie bylas jeszcze w ciazy. Pamietaj, ze nie jestes nawet zamezna — od razu zrobiloby sie gesto od plotek. Potem, jak tylko sie zdecydujesz, wrocisz tutaj. Profesor obiecal dostarczyc cie z powrotem nie pozniej niz w minute po waszym rozstaniu. Coz moze byc prostszego?
— To beda przeciez cale miesiace — szlochala Slithey i Barney zaczynal wlasnie tlumaczyc jej to od poczatku po raz dwudziesty pierwszy, gdy pojawil sie Charley Chang. Klepnal go po plecach i wreczyl mu kolejnego drinka.
— Dyskutowalem z profesorem o naturze czasu — zaczal.
— Nie mam zamiaru rozmawiac na ten temat — ucial Barney. — Po przezyciach ostatnich paru tygodni, mam szczera nadzieje zapomniec o tym wszystkim.