Swieca zgasla. Gdzies przed nimi, w ciemnosci absolutnej i nieprzeniknionej jak aksamit, kamien zgrzytnal o kamien.

— Zastanawiam sie, dlaczego ten tunel zostal zamurowany — rozlegl sie glos Bluzy.

— A ja chyba przestalem sie zastanawiac, czemu tak sie z tym spieszyli — mruknela Stukacz.

— A ja sie zastanawiam, kto probowal go otworzyc — dodala Polly.

Zabrzmial gluchy huk — jakby ciezkiej plyty spadajacej z rzezbionego grobowca. Halas mogl miec wiele innych zrodel, ale w myslach pojawiala sie wlasnie taka wizja. Martwe powietrze poruszylo sie nieco.

— Nie chce nikogo martwic — odezwala sie Kukula. — Ale slysze glos tak jakby krokow. Tak jakby powloczacych nogami.

Polly przypomniala sobie, jak zolnierz zapalal swiece. Rzucil pek zapalek na mosiezna podstawke lichtarza, prawda? Powoli przesunela dlon, szukajac ich po omacku.

— Jesli nie chcialas nikogo martwic… — z suchej ciemnosci dobiegl glos Stukacz — …czemu to powiedzialas, do demona?

Polly trafila palcami na drewniana drzazge. Podniosla ja do nosa i wyczula zapach siarki.

— Mam jedna zapalke — oznajmila. — Chce sprobowac znowu zapalic swiece.

Podeszla do niewidocznej sciany. Potarla zapalke o skale i krypte wypelnilo zolte swiatlo.

Ktos jeknal. Polly patrzyla, zapominajac o swiecy. Zapalka zgasla.

— No dobra… — odezwal sie zduszony glos Stukacz. — Chodzacy martwi ludzie. I co?

— Ten niedaleko przejscia to zmarly general Puhloaver — oswiadczyl Bluza. — Mam jego ksiazke „Sztuka obrony”.

— Lepiej chyba nie prosic go teraz o autograf — stwierdzila Polly.

Oddzial zbil sie w ciasna grupe.

Znowu uslyszaly jek. Dochodzil z miejsca, gdzie Polly zapamietala stojaca Lazer. Slyszala szeptana modlitwe. Nie potrafila rozroznic slow, jedynie goraczkowy, nerwowy szept.

— Moze te prety z pralni troche ich spowolnia? — spytala niepewnie Kukula.

— Znaczy, bardziej niz to, ze sa martwi? — upewnila sie Igorina.

Nie, szepnal glos i swiatlo wypelnilo krypte.

Bylo niewiele jasniejsze niz blask swietlika, ale w tej chthonicznej ciemnosci nawet pojedynczy foton moglby wiele osiagnac. Swiatlo wznosilo sie od kleczacej Lazer, az osiagnelo wzrost kobiety, poniewaz byla to kobieta. A przynajmniej cien kobiety. Nie… Polly widziala, ze to swiatlo kobiety, ruchoma siec linii i blyskow, w ktorej pojawiala sie i znikala — niczym wizje w plomieniach — kobieca postac.

— Zolnierze Borogravii… bacznosc! — powiedziala Lazer.

A pod jej cienkim glosem brzmial cien innego glosu, szept raz po raz wypelniajacy dlugie pomieszczenie.

Zolnierze Borogravii… bacznosc!

Zolnierze…

Zolnierze, bacznosc!

Zolnierze Borogravii…

Kolyszace sie figury znieruchomialy. Zawahaly sie. Poczlapaly w tyl. Po dluzszej chwili stekniec i nieartykulowanych sprzeczek uformowali dwuszereg. Lazer wstala.

— Idzcie za mna — powiedziala.

Idzcie za mna…

…mna…

— Sir? — Polly zwrocila sie do Bluzy.

— Chyba pojdziemy, prawda? — zdecydowal porucznik.

Wydawalo sie, ze w ogole nie zwraca uwagi na Lazer. Widzial tylko, ze znalazl sie w obecnosci militarnych geniuszy wielu stuleci.

— O boze… To brygadier Kalosh… I general-major lord Kanapcay! General Anorac! Czytalem wszystko, co napisal! Nigdy nie sadzilem, ze zobacze go cielesnie.

— Czesciowo cielesnie — poprawila go Polly i pociagnela za soba.

— Od pieciuset lat chowano tu wszystkich wielkich dowodcow, Perks!

— Doskonale, sir! Czy moglibysmy isc troche szybciej, sir?

— Wiesz, mam bloga nadzieje, ze kiedys bede mogl spedzic tu cala wiecznosc.

— Cudownie, sir, ale nie poczynajac od dzisiaj. Moglibysmy dogonic pozostalych, sir?

Kiedy przechodzili, obszarpane rece jedna po drugiej wznosily sie w urywanym salucie. Oczy lsnily w zapadnietych twarzach. Dziwne swiatlo polyskiwalo na zakurzonych ozdobnych sznurach, na poplamionych i wyblaklych mundurach. Byl tez dzwiek, ostrzejszy niz szepty, gleboki i gardlowy. Brzmial jak skrzypienie odleglych drzwi, a pojedyncze glosy wznosily sie i opadaly, gdy oddzial mijal martwe postacie.

Smierc Zlobenii… dorwijcie ich… pamietajcie… sprawcie im pieklo… zemsta… pamietajcie… to nie sa ludzie… pomscijcie nas… zemsta…

Przed nimi Lazer dotarla do wysokich drewnianych drzwi. Otworzyly sie pod jej dotknieciem. Swiatlo sunelo wraz z nia.

— Moge tylko zapytac generala-majora… — zaczal Bluza, ciagnac Polly za reke.

— Nie! Nie moze pan! Prosze nie tracic czasu! Idziemy! — nakazala Polly.

Dotarli do drzwi, a Stukacz i Igorina zatrzasneli je za nimi. Polly oparla sie o sciane.

— To chyba byl… najdziwniejszy moment mojego zycia — stwierdzil Bluza, gdy ucichly echa.

— Mysle, ze ten jest mojego… — Polly z trudem chwytala oddech. Swiatlo wciaz sie jarzylo wokol Lazer, ktora odwrocila sie do oddzialu z blogim wyrazem twarzy.

— Musicie przemowic do naczelnego dowodztwa — powiedziala.

Musicie przemowic do naczelnego dowodztwa, wyszeptaly sciany.

— Badzcie dobrzy dla tego dziecka.

Badzcie dobrzy dla tego dziecka…

…tego dziecka…

Polly zlapala Lazer, zanim dziewczyna uderzyla o ziemie.

— Co sie dzieje? — spytala Stukacz.

— Mysle, ze ksiezna naprawde przez nia przemawia — stwierdzila Polly.

Lazer byla nieprzytomna; wywrocila oczy, widac bylo same bialka.

— Daj spokoj, ksiezna to tylko obrazek! Ona nie zyje!

Czasami czlowiek nie wytrzymuje. Dla Polly tym czasem byl okres, kiedy szli przez krypte. Jesli ktos nie wierzy, jesli nie chce uwierzyc, jesli nawet zwyczajnie nie ma nadziei, ze jest cos wartego wiary, to po co sie odwracac? Jesli nie wierzy, komu moze zaufac, ze wyprowadzi go z uscisku martwych ludzi?

— Nie zyje? — powtorzyla. — Co z tego? Co z zolnierzami z tamtej sali, ktorzy nie odeszli? Co ze swiatlem? A jak brzmial glos Lazer?

— Tak, ale… Przeciez takie rzeczy nigdy sie nie zdarzaja nikomu, kogo znasz… — tlumaczyla Stukacz. — Zdarzaja sie, no… nawiedzonym religijnym dziwakom. Znaczy, przeciez ona pare dni temu uczyla sie glosno pierdziec!

— Ona? — szepnal Bluza do Polly. — Ona? Dlaczego…

Raz jeszcze umysl Polly opanowal nagly atak paniki.

— Slucham cie, Daphne?

— Aha… No tak. Oczywiscie… Nigdy dosc… Jasne… — mruczal porucznik.

Igorina uklekla przy dziewczynie i dotknela jej czola.

— Cala plonie — stwierdzila.

— Modlila sie przez caly czas, kiedy bylysmy w Szarym Domu — powiedziala Loft i takze uklekla.

— Tak, jasne, trzeba sie bylo duzo modlic, jesli nie bylas silna — warknela Stukacz. — A kazdego przekletego dnia modlilysmy sie do ksieznej, zeby podziekowac Nugganowi za pomyje, ktorych czlowiek nie dalby swiniom. I wszedzie ten nieszczesny obrazek, to rybie spojrzenie… Nienawidze go! Moze doprowadzic do obledu! To wlasnie zdarzylo sie Lazer, prawda? A ty chcesz, zebym uwierzyla, ze tlusta stara czarownica traktuje nasza przyjaciolke jak… marionetke czy cos? Nie wierze. A jesli to jest prawda, to ja sie nie zgadzam!

— Ona plonie, Magdo — odezwala sie cicho Loft.

Вы читаете Potworny regiment
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату