Bluza wytrzeszczyl oczy.
— Jestes pewien?
— Tak, sir. Jestem zenskiej proweniencji. Codziennie sprawdzam, sir.
— I szeregowy Halter?
— Tak, sir.
— I Loft?
— O tak, sir. Obie, sir. Prosze sie w to nie zaglebiac.
— A Kukula?
— Spodziewa sie dziecka.
Bluza przerazil sie nagle.
— O nie! Tutaj?
— Jeszcze kilka miesiecy, sir.
— A biedny maly szeregowy Goom?
— Dziewczyna, sir. Igor to naprawde Igorina. I gdziekolwiek jest teraz, Karborund to w rzeczywistosci Nefryt. Wciaz nie mamy pewnosci co do kaprala Maladicta. Ale cala reszta stanowczo miala rozowe kocyki, sir.
— Ale nie zachowywaliscie sie jak kobiety!
— Nie, sir. Zachowywalismy sie jak mezczyzni, sir. Przykro mi, sir. Chcialysmy tylko odszukac naszych mezczyzn, wyrwac sie, udowodnic cos albo jeszcze co innego. Przykro mi, ze trafilo to akurat na pana, sir.
— Jestes pewien tego wszystkiego?
Jakiej odpowiedzi sie spodziewasz? — myslala Polly. „Oj, wlasciwie, kiedy tak sie zastanawiam, to faktycznie, sir, jestesmy jednak mezczyznami”…
— Tak, sir — rzucila tylko.
— Czyli… naprawde nie masz na imie Oliver?
Polly miala wrazenie, ze porucznikowi trudno to wszystko zaakceptowac. Na rozne sposoby zadawal stale to samo zasadnicze pytanie, w nadziei ze w koncu uzyska odpowiedz inna niz ta, ktorej nie chce slyszec.
— Nie, sir. Jestem Polly, sir.
— Tak? Wiesz, jest taka piosenka o…
— Tak, sir — przerwala mu stanowczo. — Prosze mi wierzyc, sir, bede wdzieczna, jesli powstrzyma sie pan nawet od nucenia jej.
Bluza gapil sie w przeciwlegla sciane. Oczy mu sie zaszklily. Oj, pomyslala Polly.
— Podjelyscie straszne ryzyko — powiedzial zamyslony. — Pole bitwy to nie miejsce dla kobiet.
— Ta wojna nie trzyma sie pol bitewnych, sir. W takim czasie para spodni jest najlepszym przyjacielem dziewczyny.
Bluza znow umilkl. I nagle Polly zrobilo sie go zal. Byl troche glupi, w ten szczegolny sposob, w jaki bywaja glupi ludzie bardzo inteligentni, ale przeciez nie byl zlym czlowiekiem. Przyzwoicie traktowal swoj oddzial i troszczyl sie o zolnierzy. Nie zasluzyl na to, co go spotkalo.
— Przepraszam, ze pana wciagnelysmy, sir — powiedziala.
Bluza uniosl glowe.
— Przepraszasz? — Dziwne, ale wydawalo sie, ze jest w lepszym nastroju niz przez caly miniony dzien. — Wielkie nieba, nie musisz za nic przepraszac. Znasz troche historie, Polly?
— Czy mozemy zostac przy Perks, sir? Nadal jestem zolnierzem. Nie, nie znam specjalnie historii, sir. Przynajmniej nie taka, ktorej bym wierzyla.
— Czyli nigdy nie slyszalas o Amazonkach, wojowniczkach z Samothripu? Przez setki lat byly najgrozniejsza formacja bojowa. Wylacznie kobiety! Absolutnie bezlitosne w bitwie! Smiertelnie skutecznie poslugiwaly sie dlugim lukiem, choc aby uzyskac maksymalny naciag, musialy sobie odcinac jedna um… ehm… Ale wy, moje panie, nie odcielyscie sobie um… ehm…
— Nie, sir, nie odcinalysmy zadnych um ehmow. Tylko wlosy.
Bluza przyjal to z wielka ulga.
— No wiec byla jeszcze kobieca gwardia krola Samuela w Howondalandzie. Wszystkie mialy po siedem stop wzrostu i uzywaly wloczni. W Klatchu oczywiscie wiele jest legend o kobietach wojowniczkach walczacych u boku swoich mezczyzn. Straszne i nieustraszone, o ile mi wiadomo. Mezczyzni woleli raczej dezercje niz walke z kobietami, Perks. Nie potrafili sobie z nimi radzic.
Po raz kolejny Polly miala troche irytujace wrazenie, ze probowala skoku przez przeszkode, ktorej tam wcale nie bylo. Szukala wiec ucieczki w typowym:
— Jak pan mysli, sir, co sie teraz z nami stanie?
— Nie mam pojecia, Perks. Hm… Co wlasciwie dolega mlodej Goom? Jakas mania religijna?
— Mozliwe, sir — przyznala Polly ostroznie. — Ksiezna do niej mowi.
— Ojoj… — zmartwil sie Bluza. — Ona…
Drzwi sie otworzyly. Kilkunastu zolnierzy wbieglo do srodka i ustawilo sie po obu stronach. Mieli rozne mundury — glownie zlobenskie, ale tez kilka, ktore Polly poznawala juz jako ankhmorporkiczne, czy jak je tam nazywali. Wszyscy byli uzbrojeni i trzymali bron jak ludzie, ktorzy spodziewaja sie, ze beda jej uzywac.
Kiedy ustawili sie juz i spogladali groznie na oddzial, do wnetrza wkroczyla mniejsza grupka. I znowu: mundury nosili rozne, jednak wyraznie drozsze. Takie, jakie przysluguja oficerom — wyzszym oficerom, sadzac po wzgardliwych minach. Najwyzszy z nich, ktory wydawal sie jeszcze wyzszy z powodu kawaleryjskiego helmu z pioropuszem — spogladal na kobiety znad zadartego nosa. Mial jasnoniebieskie oczy, ktorych wyraz sugerowal, ze wlasciwie niczego nie chce tutaj zobaczyc, przynajmniej dopoki nie zostanie to porzadnie wyszorowane.
— Kto tu jest oficerem? — zapytal. Mowil jak prawnik.
Bluza wstal i zasalutowal.
— Porucznik Bluza, sir. Dziesiaty Regiment Piechoty.
— Rozumiem. — Oficer z pioropuszem obejrzal sie na pozostalych. — Mysle, panowie, ze mozemy juz odeslac straze. Te sprawe nalezy zalatwic dyskretnie. I na milosc niebios, czy ktos moglby temu czlowiekowi znalezc pare spodni?
Odpowiedzialo mu kilka pomrukow. Oficer z pioropuszem skinal sierzantowi strazy i uzbrojeni ludzie wyszli, zamykajac za soba drzwi.
— Nazywam sie lord Rust — oswiadczyl. — Dowodze korpusem Ankh-Morpork. A przynajmniej… — pociagnal nosem — …korpusem wojskowym. Czy byl pan dobrze traktowany? Nie stosowano przemocy? Widze, ze na podlodze lezy… mloda dama.
— Zemdlala, sir — wyjasnila Polly.
Niebieskie oczy skierowaly sie w jej strone.
— A wy jestescie…?
— Kapral Perks, sir! — odpowiedziala. Zauwazyla u oficerow ledwie skrywane usmiechy.
— Aha. O ile pamietam, szukasz brata?
— Skad pan wie?
— Jestesmy, hm, efektywna armia — odparl Rust i tez pozwolil sobie na usmieszek. — Twoj brat ma na imie Paul? — Tak!
— Zlokalizujemy go w koncu. I jak rozumiem, inna z pan poszukuje pewnego mlodzienca…
— To ja, sir. — Kukula dygnela nerwowo.
— Jego rowniez znajdziemy, jesli powiesz nam, jak sie nazywa. A teraz prosze, wysluchajcie mnie uwaznie. Pani, panno Perks, i pani kolezanki zostaniecie zabrane stad dzis wieczorem i bez szwanku odprowadzone w glab waszego kraju tak daleko, jak moga dotrzec nasze patrole, a jak podejrzewam, oznacza to naprawde daleko. Rozumiecie? Otrzymacie to, po co przyszlyscie. Milo, prawda? I juz tu nie wrocicie. Troll i wampir zostali schwytani i otrzymaja te sama oferte.
Polly obserwowala oficerow. Wydawali sie zdenerwowani…
…z wyjatkiem tego z tylu. Myslala, ze wszyscy straznicy wyszli, ale choc tamten byl ubrany jak straznik — a wlasciwie ubrany jak zle ubrany straznik — to wcale sie tak nie zachowywal. Stal oparty o sciane przy drzwiach, palil polowke cygara i usmiechal sie. Mial mine, jakby ogladal przedstawienie.
— Bardzo wielkodusznie postanowilismy objac ta oferta rowniez pana, poruczniku… Bluza, prawda? — ciagnal Rust. — Ale w panskim przypadku, jesli da pan slowo, trafi pan do pewnego domu w Zlobenii, bardzo