— Prosze o wybaczenie — odparl Bent, ostroznie kladac Pana Marude na stosie dokumentow. — I umiem liczyc.
— No to kto jest malusim majudka? — zaszczebiotala pani Lavish, a piesek wybuchnal oblakanym entuzjazmem na widok kogos, z kim rozstal sie najwyzej dziesiec minut temu. — Byles ziecnym piesieckiem? Byl grzecznym pieseczkiem, panie Bent?
— Tak, prosze pani. Nadzwyczajnie. — Jad wezowych lodow nie moglby byc bardziej morderczo lodowaty. — Czy moge teraz wrocic do swoich obowiazkow?
— Pan Bent uwaza, ze nie wiem, jak sie prowadzi bank, prawda, Panie Marudo? — gruchala do psa pani Lavish. — Jest niemadrym panem Bentem, prawda? Tak, panie Bent, moze pan isc.
Moist przypomnial sobie stare przyslowie z BhangBhangduc: „Kiedy starsze panie zaczynaja prawic zlosliwosci swojemu psu, ten pies jest juz obiadem”. Wydawalo sie zaskakujaco adekwatne w tych czasach, a te czasy byly czasami, kiedy lepiej nie krecic sie w poblizu.
— No coz, milo bylo pania poznac, pani Lavish — rzekl, wstajac. — Przemysle sobie wszystko.
— Czy on juz widzial Huberta? — spytala pani Lavish, na pozor zwracajac sie do psa. — Musi poznac Huberta, zanim sobie pojdzie. Wydaje sie troche zagubiony w kwestii finansow… Prosze go zaprowadzic do Huberta, panie Bent. Hubert swietnie tlumaczy.
— Jak pani sobie zyczy — odparl Bent, patrzac wsciekle na Pana Marude. — Jestem pewien, ze kiedy wyslucha Huberta tlumaczacego przeplyw pieniedzy, nie bedzie juz troche zagubiony. Prosze za mna, panie Lipwig.
Bent milczal, kiedy schodzili na dol. Swoje duze stopy podnosil starannie, jak ktos idacy po podlodze zasypanej pinezkami.
— Pani Lavish to bojowa staruszka, co? — sprobowal zagaic Moist.
— O ile mi wiadomo, nazywa sie to charakterem — odparl z powaga Bent.
— Bywa czasami meczaca?
— Powstrzymam sie od komentarza, drogi panie. Pani Lavish jest wlascicielka piecdziesieciu jeden procent akcji mojego banku.
Jego banku… Moist zanotowal to w pamieci.
— To dziwne — stwierdzil. — Przed chwila mi mowila, ze ma tylko piecdziesiat procent.
— I psa. Pies jest wlascicielem jednej akcji, zapisanej mu przez zmarlego sir Joshue, a pani Lavish jest wlascicielka psa. Zmarly sir Joshua mial, jak to sie mowi, przewrotne poczucie humoru.
Czyli pies posiada kawalek banku, myslal Moist. Alez weseli ludzie z tych Lavishow, nie ma co…
— Rozumiem, ze nie uznaje pan tego za zabawne, panie Bent?
— Z satysfakcja moge stwierdzic, ze niczego nie uznaje za zabawne — odparl Bent, kiedy staneli u stop schodow. — W ogole nie mam poczucia humoru. Zadnego. Zostalo to wykazane metodami frenologii. Mam zespol Nichtlachena-Kenwortza, ktory z jakichs niezrozumialych powodow uznawany jest za przykre schorzenie. Ja uwazam go za dar. Musze z przyjemnoscia zaznaczyc, ze widok grubego mezczyzny slizgajacego sie na skorce od banana oznacza dla mnie jedynie przykry wypadek, ktory sugeruje potrzebe wiekszej dbalosci o usuwanie domowych odpadkow.
— A probowal pan… — zaczal Moist, ale Bent uniosl dlon.
— Prosze! Powtarzam: nie uwazam tego za brzemie. I musze dodac, ze irytuje mnie, kiedy inni tak sadza. Niech sie pan nie czuje zobowiazany do prob rozsmieszenia mnie. Gdybym nie mial nog, czy probowalby pan sklonic mnie do biegu? Jestem calkiem szczesliwy, bardzo dziekuje!
Przystanal przed kolejnymi podwojnymi drzwiami, uspokoil sie troche i zlapal uchwyty.
— A teraz moze powinienem skorzystac z okazji, by pokazac panu, gdzie… moge chyba powiedziec: gdzie dokonuje sie powazna praca, panie Lipwig. Kiedys nazywano to kantorem, ale ja wole o tym myslec jak o… — Szarpnal drzwi, ktore rozchylily sie majestatycznie. — …Moim swiecie.
Sala robila wrazenie. A pierwszym wrazeniem, jakie zrobila na Moiscie, bylo: To jest pieklo w dniu, kiedy nie mogli znalezc zapalek.
Patrzyl na rzedy zgarbionych plecow, na piszacych goraczkowo ludzi. Nikt nie uniosl glowy.
— Pod tym dachem nie ma miejsca na liczydla, liczmany czy inne nieludzkie aparaty, panie Lipwig — oswiadczyl Bent, prowadzac go centralnym przejsciem. — Ludzki umysl zdolny jest do nieomylnosci w swiecie liczb. To my je wynalezlismy, wiec jak mogloby byc inaczej? Jestesmy tutaj rygorystyczni, bardzo rygorystyczni…
Jednym szybkim ruchem Bent porwal arkusz papieru z tacy dokumentow wychodzacych na najblizszym biurku, przejrzal szybko i upuscil na miejsce z cichym pomrukiem, ktory oznaczal albo aprobate, ze urzednik wszystko zapisal poprawnie, albo rozczarowanie, ze nie znalazl zadnego bledu.
Na kartce az gesto bylo od obliczen i z pewnoscia zaden smiertelnik nie moglby ocenic ich jednym rzutem oka. Ale Moist nie postawilby nawet pensa na to, ze Bent nie sprawdzil kazdej linii.
— Tutaj, w tej sali, znajdujemy sie w sercu banku — oznajmil z duma glowny kasjer.
— W sercu — powtorzyl niepewnie Moist.
— Tutaj wyliczamy oprocentowanie, oplaty, kredyty, koszty i… wlasciwie wszystko. I nie robimy bledow.
— Jak to? Nigdy?
— Praktycznie nigdy. Pewnie, niektore osobniki czasami sie myla — przyznal z niesmakiem Bent. — Na szczescie osobiscie sprawdzam kazde dzialanie. Zaden blad nie przebije sie przeze mnie, moze mi pan wierzyc. Blad, drogi panie, jest gorszy od grzechu, a to dlatego, ze grzech bywa czesto kwestia opinii, punktu widzenia czy nawet wlasciwej chwili, natomiast blad to fakt, ktory krzyczy o poprawienie. Widze, ze starannie sie pan szyderczo nie usmiecha, panie Lipwig.
— Nie? To znaczy nie, oczywiscie, ze nie — zapewnil Moist.
Niech to… Zapomnial o pradawnej madrosci: Uwazaj, kiedy bacznie obserwujesz, czy i ty nie jestes bacznie obserwowany.
— Ale mimo wszystko jest pan przerazony — stwierdzil Bent. — Uzywa pan slow i slyszalem, ze robi pan to dobrze, lecz slowa sa miekkie i sprawny jezyk moze je uformowac w rozmaite znaczenia. Liczby sa twarde. Och, mozna nimi oszukiwac, ale nie da sie zmienic ich natury. Trzy to trzy. Nie przekona sie trojki, by byla czworka, nawet jesli ja pan ucaluje. — Gdzies w hali zabrzmial bardzo cichutki chichot, ale pan Bent wyraznie nie uslyszal. — I niechetnie wybaczaja. Pracujemy tutaj bardzo ciezko nad rzeczami, ktore trzeba wykonac. — Wyciagnal reke. — A tutaj siedze ja. W samym centrum.
Dotarli do duzego podestu na srodku sali. W tej samej chwili chuda kobieta w bialej bluzce i dlugiej czarnej spodnicy wyminela ich z szacunkiem i starannie ulozyla plik kartek na tacy, gdzie pietrzyl sie juz stos dokumentow. Zerknela na Benta, ktory rzucil tylko:
— Dziekuje, panno Drapes.
Byl zbyt zajety demonstrowaniem cudow tego podestu, na ktorym ustawiono polkoliste biurko o skomplikowanej konstrukcji, by zauwazyc wyraz, jaki przemknal po jej bladej twarzy. Ale Moist go dostrzegl i odczytal tysiac slow, prawdopodobnie zapisanych w jej pamietniku i nigdy nikomu niepokazywanych.
— Widzi pan? — zapytal niecierpliwie glowny kasjer.
— Hmm? — mruknal Moist, spogladajac za odchodzaca kobieta.
— Prosze spojrzec tutaj — rzekl Bent. Usiadl i zaczal pokazywac z czyms zblizonym niemal do entuzjazmu. — Za pomoca tych pedalow moge odwrocic biurko w dowolnym kierunku! To panoptikum mojego malego swiata. Nic nie umknie moim oczom! — Zaczal pedalowac gwaltownie, a caly podest przesunal sie na obrotowej podstawie. — Moze sie krecic z dwoma roznymi predkosciami, jak pan widzi, dzieki temu pomyslowemu…
— Rzeczywiscie, prawie nic sie przed panem nie ukryje — przyznal Moist, kiedy panna Drapes usiadla. — Ale chyba utrudniam panu prace. Przepraszam.
Bent spojrzal na papiery i wzruszyl ramionami.
— Ten stos? Nie zajmie mi wiele czasu. — Zaciagnal dzwignie hamulca i wstal. — Poza tym moim zdaniem to wazne, zeby w tym momencie zobaczyl pan, o co tu naprawde chodzi, poniewaz teraz musze pana zaprowadzic do Huberta.
Odchrzaknal lekko.
— Hubert nie jest tym, o co tu naprawde chodzi? — odgadl Moist, kiedy razem wracali do glownego holu.