– Watpie czy kiedykolwiek go blizej poznam.
– Nigdy nie wiadomo, Landon – oswiadczyla z usmiechem – jakie sa Boze zamysly.
Nie znosilem, kiedy opowiadala takie rzeczy. Przestajac z nia, mialo sie wrazenie, ze codziennie rozmawia sie z Panem Bogiem. I nigdy nie wiedzialo sie, co uslyszala od swojego „ pryncypala”. Niewykluczone, ze miala nawet bezposredni bilet do nieba, jesli rozumiecie, o co mi chodzi, zwazywszy, ze byla taka dobra osoba.
– Niby jak mialbym go poznac? – zapytalem.
Nie odpowiedziala, ale usmiechnela sie do siebie, tak jakby znala jakis sekret i nie chciala mi go wyjawic. Jak juz mowilem, nie znosilem, kiedy to robila.
Nastepnego wieczoru rozmawialismy o Biblii.
– Dlaczego zawsze ja ze soba nosisz? – zapytalem.
Prawde mowiac, przypuszczalem, ze robi to po prostu dlatego, ze jest corka pastora. Nie byl to zbyt odkrywczy wniosek, biorac pod uwage stosunek Hegberta do Pisma Swietego i w ogole. Ale Biblia, ktora Jamie ze soba nosila, byla stara, a jej okladka zdarta. Spodziewalem sie, ze ktos taki jak ona powinien sobie kupowac co roku nowa, zeby popierac wydawcow publikujacych Biblie, odnawiac zarliwosc swojej wiary czy cos w tym rodzaju.
Jamie przeszla kilka krokow, zanim odpowiedziala.
– Nalezala do mojej matki – odparla w koncu.
– Och… – westchnalem, czujac, jakbym rozdeptal przypadkiem czyjegos oswojonego zolwia.
– Nic sie nie stalo, Landon – powiedziala, zerkajac na mnie. – Skad mogles wiedziec.
– Przykro mi, ze cie zapytalem…
– Nie musi ci byc przykro. Nie miales nic zlego na mysli. Moja matka i ojciec – dodala po chwili – dostali te Biblie w dniu slubu, ale to mama glownie jej uzywala. Stale ja czytala, zwlaszcza w trudnych momentach.
Przypomnialem sobie te wszystkie poronienia.
– Uwielbiala czytac ja wieczorem, przed pojsciem na spoczynek – kontynuowala Jamie – i miala ja ze soba w szpitalu, kiedy ja sie urodzilam. Gdy moj ojciec dowiedzial sie, ze umarla, razem ze mna zabral ze szpitala Biblie.
– Przykro mi – powtorzylem.
Kiedy ktos mowi cos smutnego, sa to jedyne slowa, ktore przychodza ci do glowy, mimo ze powtarzales je juz dziesiec razy przedtem.
– Dzieki niej moge jakby… stac sie jej czastka – dodala Jamie. – Potrafisz to zrozumiec?
Nie mowila tego ze smutkiem, ale bardziej, zeby udzielic odpowiedzi na moje pytanie. Nie wiem dlaczego, lecz to jeszcze bardziej pogorszylo sytuacje.
Ponownie pomyslalem o tym, jak dorastala razem z Hegbertem, i naprawde nie wiedzialem, co mam powiedziec. Namyslajac sie nad odpowiedzia, uslyszalem z tylu klakson. Oboje z Jamie odwrocilismy sie i zobaczylismy podjezdzajacy do kraweznika samochod.
W samochodzie siedzieli Eric i Margaret, Eric za kierownica, Margaret na siedzeniu pasazera, blizej nas.
– Patrzcie, patrzcie, kogo tutaj widzimy – powiedzial Eric i pochylil sie nad kierownica, zebym mogl zobaczyc jego twarz.
Nie mowilem mu, ze odprowadzam Jamie do domu, i w dziwny sposob – byc moze tak wlasnie funkcjonowal umysl nastolatka – ta nowa okolicznosc przycmila wszystko, co odczuwalem wczesniej w zwiazku z opowiescia Jamie.
– Witaj, Eric. Witaj, Margaret – pozdrowila ich wesolo Jamie.
– Odprowadzasz ja do domu, Landon?
Za usmieszkiem Erica czail sie maly diabelek.
– Czesc, Eric – odparlem, zalujac, ze nas zobaczyli.
– Piekny wieczor na spacer – stwierdzil.
Od Jamie oddzielala go Margaret i chyba dlatego czul sie troche smielej niz zwykle w jej obecnosci. I na pewno nie zamierzal zrezygnowac z okazji, zeby wbic mi kolejna szpile.
Jamie rozejrzala sie dookola i usmiechnela.
– Owszem, bardzo piekny – powiedziala.
Eric takze sie rozejrzal, przybierajac melancholijny wyraz twarzy, a potem gleboko westchnal. Wiedzialem, ze udaje.
– Chlopie, tu jest naprawde slicznie. – Ponownie westchnal i wzruszyl ramionami. – Podwiozlbym was, ale przejazdzka nie bedzie nawet w polowie tak mila jak spacer pod gwiazdami, a za nic nie chcialbym, zebyscie go stracili.
Powiedzial to tak, jakby wyswiadczal nam obojgu przysluge.
– I tak jestesmy juz prawie przy moim domu – odparla Jamie. – Chcialam zaprosic Landona na filizanke cydru. Moze tez macie ochote? Cydru na pewno nie zabraknie.
Filizanka cydru? W jej domu? Nic o tym nie wspominala…
Wsadzilem rece do kieszeni, zastanawiajac sie, czy moze sie wydarzyc cos jeszcze gorszego.
– Och, nie… dziekujemy. Jechalismy wlasnie do baru „ U Cecila”.
– W powszedni dzien? – zapytala niewinnym tonem Jamie.
– Nie bedziemy siedziec do pozna – obiecal jej Eric. – Ale czas juz na nas. Zycze wam obojgu milego wieczoru przy cydrze.
– Dziekuje, ze przystaneliscie, zeby sie przywitac – odparla Jamie, machajac reka.
Eric ruszyl z miejsca i powoli odjechal. Jamie uznala pewnie, ze jest bezpiecznym kierowca. Tak naprawde wcale nim nie byl, ale potrafil sie zawsze wylgac, kiedy na cos najechal. Pamietam jak kiedys opowiadal matce, ze krowa wyskoczyla mu prosto pod samochod i dlatego wlasnie ma rozbita chlodnice i zderzak.
– To zdarzylo sie tak szybko, mamo, ta krowa pojawila sie nie wiadomo skad. Wyleciala prosto na mnie i nie zdazylem zahamowac.
Wszyscy wiedza, ze krowy nie lataja, ale jego matka mu uwierzyla. Swoja droga, ona tez prowadzila kiedys druzyne klakierek.
Kiedy znikneli nam z oczu, Jamie odwrocila sie do mnie z usmiechem.
– Masz milych przyjaciol, Landon – zauwazyla.
– Jasne – mruknalem.
Zwroccie uwage, jak dyplomatycznie sformulowalem swoja odpowiedz.
Pozegnawszy sie z nia – nie, nie zostalem, zeby napic sie cydru – ruszylem, przeklinajac pod nosem, do swojego domu. Zdazylem juz kompletnie zapomniec o opowiesci Jamie, i slyszalem niemal, jak moi przyjaciele smieja sie ze mnie w drodze do baru „U Cecila”.
Widzicie co sie dzieje, kiedy czlowiek stara sie byc mily?
Nazajutrz rano w szkole wiedzieli, ze odprowadzam Jamie do domu, i zapoczatkowalo to nowa runde spekulacji na nasz temat. Tym razem byly one jeszcze gorsze niz poprzednio. Byly tak straszne, ze nie chcac ich wysluchiwac, cala duza przerwe przesiedzialem w bibliotece.
Tego wieczoru proba odbywala sie w miejskim teatrze. Byla to ostatnia proba przed premiera i mielismy mnostwo roboty. Zaraz po szkole chlopcy z klasy dramatu mieli zaladowac dekoracje na wynajeta ciezarowke, zeby mozna bylo je przewiezc do teatru. Problem polegal na tym, ze ja i Eddie bylismy jedynymi chlopcami w klasie dramatu, a Eddie nie byl najlepiej skoordynowanym ruchowo osobnikiem w historii homo sapiens. Za kazdym razem, gdy dzwigalismy jakies ciezkie przedmioty i naprawde potrzebowalem pomocy, jego cialo sie buntowalo: potykal sie na jakims pylku albo lezacym na podlodze owadzie i caly ciezar dekoracji miazdzyl mi palce, urazajac je w mozliwie najbardziej bolesny sposob.
– Prze… przepraszam – mruczal, zacinajac sie. – Ba… bardzo cie bo… bolalo?
– Po prostu nie rob tego wiecej – odpowiedzialem, tlumiac w ustach przeklenstwo.
Ale Eddie nie potrafil przestac sie potykac, podobnie jak nie potrafil sprawic, zeby przestal padac deszcz. Kiedy skonczylismy zaladunek i rozladunek, moje palce przypominaly palce wedrownego ciesli, Toby’ego. Co gorsza, przed rozpoczeciem proby nie mialem czasu niczego przegryzc. Przewozenie dekoracji trwalo cale trzy godziny, a zaraz po ich ustawieniu przyszli inni i trzeba bylo zaczynac probe. Biorac pod uwage inne rzeczy, ktore wydarzyly sie tego dnia, nie mozna sie dziwic, ze bylem w bardzo kiepskim nastroju.