odlozylem na pozniej z powodu prob teatralnych. Planowalem kuc ostro przez caly tydzien, a wieczorami, przed pojsciem spac, zajac sie podaniem. Mimo to nie moglem przestac myslec o Jamie.

Jej transformacja w trakcie przedstawienia byla, lagodnie mowiac, zaskakujaca, i odnioslem wrazenie, ze sygnalizuje jakas glebsza zmiane. Nie wiem, dlaczego tak myslalem, ale bylem o tym dosc mocno przekonany i bardzo mnie zdumialo, kiedy pojawiajac sie w poniedzialkowy ranek, wygladala tak samo jak zawsze; z wlosami zwiazanymi w kok, w brazowym swetrze, plisowanej spodniczce i tak dalej.

Nie przyciagala w ogole wzroku i nie moglem jej nie wspolczuc. Przez jeden weekend – tak w kazdym razie to wygladalo – uznana zostala za kogos normalnego, a nawet wyjatkowego – lecz w jakis sposob to zmarnowala. Ludzie byli dla niej moze troche milsi i ci, ktorzy nigdy z nia nie rozmawiali, podchodzili i mowili, jak swietnie wypadla, ale wiedzialem, ze nie bedzie to trwalo dlugo. Nielatwo przelamac uksztaltowane od dziecinstwa uprzedzenia i obawialem sie nawet troche, czy wystep w sztuce nie obroci sie przeciwko niej. Teraz, kiedy ludzie wiedzieli, ze moze wygladac normalnie, mogli nawet stac sie bardziej bezwzgledni.

Chcialem porozmawiac z nia o moich spostrzezeniach, naprawde tego chcialem, zamierzalem to jednak zrobic dopiero pod koniec tygodnia. Nie tylko dlatego, ze mialem mnostwo roboty, ale poniewaz potrzebowalem troche czasu, zeby zastanowic sie, jak jej to najlepiej przekazac. Prawde mowiac, wciaz czulem wyrzuty sumienia z powodu rzeczy, ktore powiedzialem, odprowadzajac ja po raz ostatni do domu, i czulem je nie tylko dlatego, ze sztuka odniosla sukces. Chodzilo bardziej o to, ze Jamie byla dla mnie zawsze mila i wiedzialem, ze zle postapilem.

Jesli mam byc szczery, nie wydawalo mi sie rowniez, zeby ona sama miala ochote ze mna rozmawiac. Zdawalem sobie sprawe, ze widzi, jak rozmawiam z przyjaciolmi podczas duzej przerwy. Siedziala w kaciku, czytajac swoja Biblie, ale ani razu do nas nie podeszla. Kiedy jednak wychodzilem tego dnia ze szkoly, uslyszalem za plecami jej glos. Zapytala czy moglbym ja odprowadzic do domu. Mimo ze nie bylem jeszcze gotow podzielic sie z nia moimi myslami, zgodzilem sie. Ze wzgledu na stare czasy, rozumiecie.

Chwile pozniej Jamie przeszla do rzeczy.

– Pamietasz, co mowiles, odprowadzajac mnie po raz ostatni do domu? – zapytala.

Kiwnalem glowa. Wolalbym, zeby mi tego nie przypominala.

– Obiecales, ze mi to wynagrodzisz – powiedziala.

Troche mnie to zdezorientowalo. Myslalem, ze juz to zrobilem, wystepujac w sztuce.

– Zastanawialam sie, co takiego moglbys zrobic – kontynuowala jamie, nie dajac mi dojsc do slowa. – i oto, co wymyslilam…

Zapytala, czy moglbym zebrac sloiki po marynatach i puszki po kawie, ktore ustawila na poczatku roku w sklepach i barach w calym miasteczku. Sloiki i puszki staly na ladach, na ogol blisko kasy, zeby ludzie mogli wrzucac do nich drobne pieniadze przeznaczona dla sierot. Jamie nie chciala prosic ludzi wprost o pieniadze, wolala, zeby dawali je dobrowolnie. W jej mniemaniu bylo to bardziej po chrzescijansku.

Pamietam dobrze te pojemniki, ktore staly miedzy innymi „ U Cecila” i w kinie „ Korona”. Kiedy kasjer nie patrzyl, moi przyjaciele i ja wrzucalismy do srodka papierki i zetony, ktore spadajac brzeczaly jak monety, a potem smielismy sie w kulak, wyobrazajac sobie, jak Jamie otwiera ktoras z puszek, sadzac, ze w srodku jest masa pieniedzy, i nie znajduje nic poza papierkami i zetonami. Przypominajac sobie swoje rozne wyczyny, czlowiek krzywi sie czasem z niesmakiem, i wlasnie to teraz zrobilem.

Jamie spostrzegla moja kwasna mine.

– Nie musisz tego robic – powiedziala, wyraznie rozczarowana. – Pomyslalam po prostu, ze juz niedlugo Boze Narodzenie, a ja nie mam samochodu i nie zdaze ich wszystkich zebrac…

– Nie, nie… – przerwalem jej. – Zrobie to. I tak nie mam duzo do roboty.

To wlasnie zatem robilem we srode, mimo ze musialem uczyc sie do sprawdzianow i nie wypelnilem jeszcze podania na studia. Jamie dala mi liste wszystkich miejsc, w ktorych ustawila puszki, a ja pozyczylem samochod od mamy i zaczalem zbiorke od drugiego konca miasteczka. Jamie rozstawila w sumie okolo szescdziesieciu pojemnikow i sadzilem, ze zabranie ich zajmie mi tylko jeden dzien. W porownaniu z ich rozstawieniem powinna to byc kaszka z mleczkiem. To pierwsze zajelo Jamie prawie szesc tygodni, poniewaz najpierw musiala znalezc szescdziesiat pustych sloikow i puszek, a potem, nie posiadajac samochodu, mogla ustawic tylko dwie albo trzy dziennie. Zbierajac je, czulem sie z poczatku troche glupio, bo byla to w koncu inicjatywa Jamie, ale powtarzalem wszystkim, ze to ona poprosila mnie o pomoc.

Chodzilem od firmy do firmy, zbierajac puszki i sloje, i pod koniec pierwszego dnia uswiadomilem sobie, ze potrwa to troche dluzej, niz myslalem. Udalo mi sie zebrac nie wiecej niz dwadziescia pojemnikow, poniewaz zapomnialem o pewnym prostym fakcie. W miasteczku takim jak Beaufort nie mozna bylo ot tak sobie wpasc do sklepu i zlapac puszki, nie pogadawszy najpierw z wlascicielem albo nie pozdrowiwszy kogos, kogo sie znalo. To bylo po prostu nie do pomyslenia. Musialem wiec zachowac spokoj, gdy jakis facet opowiadal o marlinie, ktorego zlowil zeszlej jesieni, pytal, jak mi idzie w szkole, napomykal, ze potrzebuje pomocy przy rozladowaniu paru skrzynek na zapleczu, albo zasiegal mojej opinii, czy nie powinien przesunac w inne miejsce polki z czasopismami. Wiedzialem, ze Jamie jest w tym dobra, i staralem sie zachowywac tak, jak jej zdaniem powinienem. Byla to w koncu jej inicjatywa.

Zeby nie przedluzac dodatkowo calej sprawy, nie sprawdzalem za kazdym razem zawartosci pojemnikow. Wrzucalem po prostu zawartosc jednej puszki do drugiej i ruszalem dalej. Pod koniec pierwszego dnia wszystkie datki znalazly sie w dwoch duzych slojach, ktore zanioslem do swojego pokoju. Przez szklo widzialem kilka banknotow – co prawda niezbyt wiele – i nie niepokoilem sie zbytnio, poki nie wysypalem zawartosci na podloge i nie zobaczylem, ze sklada sie glownie z jednocentowek. Choc nie bylo tam tak duzo zetonow i papierkow, jak sie obawialem, po przeliczeniu pieniedzy nie moglem opanowac rozczarowania. Zebralem dwadziescia dolarow i trzydziesci dwa centy. Nawet w roku 1958 nie byla to zbyt wielka suma, zwlaszcza gdy podzielilo sie ja miedzy trzydziescioro dzieci.

Nie upadalem jednak na duchu. Majac nadzieje, ze to jakas pomylka, wyjechalem nastepnego dnia na miasto, zebralem kolejne puszki i odbylem pogawedki z kolejnymi dwudziestoma sklepikarzami. Wynik: 23 dolary i 89 centow.

Trzeci dzien byl jeszcze gorszy. Przeliczywszy pieniadze, sam nie moglem uwierzyc w to, jak jest ich malo. 11 dolarow i 52 centy. Pochodzily z lokali nad samym morzem, ktore odwiedzali turysci i ludzie tacy jak ja. Co z nas za lachudry, pomyslalem.

Widzac, jak malo udalo sie zebrac – lacznie 55 dolarow i 73 centy – czulem sie okropnie, zwlaszcza, ze puszki staly przez caly rok i sam widzialem je niezliczona ilosc razy. Tego wieczoru mialem zadzwonic do Jamie i powiedziec jej, ile zebralem, ale nie bylem po prostu w stanie tego zrobic. Opowiadala mi wczesniej, jak bardzo chcialaby zrobic w tym roku cos wyjatkowego, a ta suma na pewno tego nie umozliwiala – nawet ja zdawalem sobie z tego sprawe. W zwiazku z tym oklamalem ja, mowiac, ze powinnismy razem przeliczyc pieniadze, bo to w koncu jej zbiorka, nie moja. Wszystko to bylo bardzo przygnebiajace. Obiecalem, ze przyniose pieniadze nastepnego dnia po szkole. Nazajutrz byl dwudziesty pierwszy grudnia, najkrotszy dzien w roku. Do Bozego Narodzenia zostalo tylko cztery dni.

– To jakis cud, Landon! – stwierdzila, przeliczywszy pieniadze.

– Ile tam jest? – zapytalem, choc doskonale to wiedzialem.

– Prawie dwiescie czterdziesci siedem dolarow.

Kiedy na mnie spojrzala, w jej oczach malowala sie radosc. Poniewaz Hegbert byl w domu, mialem prawo wejsc do salonu i tam wlasnie Jamie przeliczala pieniadze. Staly w porzadnych malych slupkach na podlodze, prawie same dwudziestopieciocentowki dziesiatki. Hegbert siedzial przy kuchennym stole, piszac kazanie, ale nawet on odwrocil glowe na dzwiek jej glosu.

– Myslisz, ze to starczy? – zapytalem niewinnym tonem.

Kiedy nadal nie wierzac wlasnym oczom, rozejrzala sie po pokoju, po jej policzkach plynely lzy. Nawet po przedstawieniu nie wydawala sie taka bardzo szczesliwa.

– To… to cos wspanialego – powiedziala, posylajac mi promienny usmiech. Nigdy jeszcze nie slyszalem w jej glosie tyle emocji. – W zeszylem roku zebralam tylko siedemdziesiat dolarow.

– Ciesze sie, ze w tym roku zbiorka wypadla lepiej – mruknalem, czujac, jak cos sciska mnie w gardle. – Gdybys nie ustawila tych puszek tak wczesnie na poczatku roku, na pewno nie zebralabys tak duzo.

Oczywiscie klamalem, ale nie dbalem o to. Przynamniej raz sklamalem w slusznej sprawie.

Вы читаете Jesienna Milosc
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату