wypolerowany. Joe uzywal go do produkcji wlasnego „spirytu” – surowego, przezroczystego alkoholu wyciskajacego z oczu lzy – ktory wykorzystywal do przetwarzania letnich owocow ulozonych w blyszczacych rzedach na polkach w piwnicy. Joe nazywal ten alkohol wodka z ziemniakow, kartoflanym sokiem. Mowil, ze jest siedemdziesiecioprocentowy. Laczyl go z rownymi ilosciami owocow i cukru, i w ten sposob wytwarzal swoje likiery. Z wisni, ze sliwek, z czerwonych porzeczek i z jagod. Owoce barwily likwor na fioletowo, czerwono i czarno – a przynajmniej tak sie wydawalo w mdlym swietle piwnicy. Kazdy sloik, kazda butelka byly starannie opisane i opatrzone data. Stalo ich tam duzo wiecej, niz kiedykolwiek moglby zjesc czy wypic jeden czlowiek. Ale Joe sie tym nie przejmowal; tak czy owak rozdawal wiekszosc butelek i sloikow. Poza winem i odrobina dzemu truskawkowego do porannej grzanki, Joe nie tykal zadnych swoich wymyslnych przetworow czy alkoholi. A przynajmniej Jay nigdy nie widzial, by to robil. Podejrzewal, ze starszy pan sprzedaje te zaprawy w zimie, chociaz do tej pory nie zauwazyl, by Joe kiedykolwiek wzial od kogos pieniadze. Po prostu wszystko rozdawal.

We wrzesniu Jay wrocil do szkoly. Moorlands pozostalo takie samo, jakim je pamietal: dominowal tam zapach kurzu, plynu dezynfekcyjnego, pasty do podlog i starej frytury. Rozwod rodzicow przebiegl w miare gladko – poprzedzony wieloma placzliwymi telefonami od matki i przekazami pienieznymi od Chlebowego Barona. O dziwo, Jay pozostal zupelnie niewzruszony tym faktem. W czasie lata jego wscieklosc wygasla i przeksztalcila sie w chlodna obojetnosc. Teraz z jakiegos blizej niesprecyzowanego powodu gniew wydawal mu sie czyms dziecinnym. Co miesiac pisywal do Joego, mimo ze starszy pan nie odpowiadal regularnie na jego listy. Poinformowal, ze z pisaniem u niego krucho, i ograniczyl sie do kartki na Boze Narodzenie oraz kilku linijek pod koniec kazdego semestru. Jednak jego milczenie nie niepokoilo Jaya. Wystarczyla mu swiadomosc, ze Joe byl tam, gdzie byc powinien.

W lecie Jay znowu pojechal do Kirby Monckton. Czesciowo dlatego, ze o to nalegal, jednak nie umknelo jego uwagi, ze ta decyzja w skrytosci ducha ucieszyla takze rodzicow. Matka wlasnie rozpoczynala w Irlandii zdjecia do filmu, natomiast Chlebowy Baron zamierzal spedzic wakacje na swoim jachcie w towarzystwie – jak wiesc niosla – mlodej modelki o imieniu Candide.

Jay umknal wiec do Kirby Monckton z uczuciem wielkiej ulgi.

13

Paryz, marzec 1999

Spedzil noc w poczekalni. Nawet przespal sie przez chwile w jednym z plastikowych, ergonomicznie uksztaltowanych, pomaranczowych foteli na lotnisku Charles’a de Gaulle’a – chociaz byl zbyt podniecony, by sie nalezycie zrelaksowac. Wydawalo mu sie, ze drzemie w nim niewyczerpane zrodlo energii, dynamo umiejscowione gdzies w okolicach zeber. Zmysly mial nadnaturalnie wyczulone. Wszelkie zapachy – plynu do mycia podlog, potu, dymu papierosowego, perfum, porannej kawy – uderzaly w niego poteznymi falami. O piatej rano porzucil wszelkie pretensje do snu i poczlapal do kafeterii na rogaliki i filizanke przeslodzonej czekolady. Pierwszy ekspres do Marsylii odchodzil o szostej dziesiec. Nastepnie pociag osobowy mial go zabrac do Agen, skad juz taksowka mogl dojechac do… no wlasnie, jak to sie nazywalo? Mapa dolaczona do broszury byla zaledwie ogolnym szkicem, Jay mial jednak nadzieje, ze gdy dotrze do Agen zdola uzyskac dokladniejsze wskazowki. Poza tym sama podroz sprawiala mu przyjemnosc, owo pedzenie do miejsca, ktore na razie bylo jedynie mglistym krzyzykiem na mapie. Mial wrazenie, ze pijac wino Joego, niespodziewanie staje sie samym Joem, znaczacym przebyty dystans na mapie, zmieniajacym tozsamosc w zaleznosci od wlasnych upodoban i kaprysow. Jednoczesnie czul sie lzejszy, wyzwolony od gniewu i poczucia krzywdy, ktore towarzyszyly mu od dlugiego czasu, stanowily bezsensowny balast przez tak wiele lat.

„Jezeli zawedrujesz dosc daleko – mawial Joe – wszelkie reguly ulegna zawieszeniu”.

Teraz wreszcie Jay zaczynal rozumiec jego slowa. Prawda, lojalnosc, tozsamosc. Owe pojecia wiaza nas z miejscami i obrazami, ktore po pewnym czasie moga juz zupelnie nie przystawac do naszego zycia. Mozna zostac, kim sie tylko chce. Jechac chocby na kraniec swiata. Na lotniskach, dworcach autobusowych i stacjach kolejowych wszystko moze sie wydarzyc. Tam nikt nie zadaje zadnych pytan. Ludzie osiagaja stan bliski niewidzialnosci. W takich miejscach kazdy jest jedynie jednym sposrod tysiecy pasazerow. Nikt nikogo nie rozpoznaje. Nikt o nikim wczesniej nie slyszal.

Jay zdolal przespac pare godzin w pociagu. We snie – nad wyraz realistycznym – ujrzal samego siebie biegnacego wzdluz kanalu w Nether Edge, na prozno usilujacego dogonic oddalajacy sie pociag z weglem. Z niezwykla wyrazistoscia widzial przestarzala, metalowa konstrukcje wagonow. Czul zapach pylu weglowego i zjelczalego smaru do wagonowych osi. W ostatnim wagonie ujrzal Joego, ktory siedzial w swoim pomaranczowym kombinezonie gorniczym i kolejarskiej czapce na stercie wegla, machajacego mu na do widzenia butelka domowego wina w jednej i mapa swiata w drugiej dloni, wolajacego cos metalicznym glosem, dobiegajacym jednak ze zbyt wielkiej oddali, aby doslyszec slowa.

Obudzil sie trzydziesci pare kilometrow przed Marsylia z nieprzepartym pragnieniem wychylenia czegos mocniejszego. Za oknami jasnym, przymglonym pasem ciagnal sie wiejski krajobraz. Jay poszedl do baru, zamowil wodke z tonikiem, wysaczyl drinka powoli, po czym zapalil papierosa. Wciaz mial wrazenie, ze palac, oddaje sie zakazanej rozkoszy – zagralo w nim poczucie winy zabarwione radosnym uniesieniem, jak wtedy, gdy zamiast do szkoly biegl na wagary.

Jeszcze raz wyciagnal broszure z kieszeni. Teraz juz byla bardzo pomieta – tani papier zaczynal sie przecierac na zgieciach. Przez chwile pomyslal, ze wreszcie poczuje sie inaczej, ze w koncu opusci go to niezwykle poczucie przymusu. Ale nie. Wciaz w nim tkwilo. W brezentowej torbie lezacej tuz obok, na siedzeniu, „Specjaly” rozpieraly sie i gulgotaly w rytm stukotu pociagu, a w ich wnetrzu osad dawno minionych letnich miesiecy klebil sie niczym karmazynowy mul zmaconej rzeki.

Jay nie mogl sie juz doczekac, kiedy wreszcie dotrze do Marsylii.

14

Pog Hill, lato 1976

Czekal na dzialce. Radio przywiazane kawalkiem sznurka do galezi gralo dosc glosno, ale Jay wyraznie slyszal, ze Joe spiewa w rytm – tym razem „Boys Are Back In Town” grupy Thin Lizzy – swoim pelnym, wodewilowym glosem. Stal odwrocony plecami, schylony nad kepa specjalnej odmiany malin z sekatorem w dloni. Przywital Jaya, nie odrywajac sie od pracy, wciaz zwrocony do niego plecami, jak gdyby Jay nigdy nie wyjezdzal. W pierwszej chwili chlopiec pomyslal, ze Joe zdecydowanie sie postarzal – jego wlosy pod wytluszczona czapka zdawaly sie przerzedzone, a pod T-shirtem bardzo ostro rysowaly sie kruche dyski kregoslupa – jednak gdy starszy pan sie w koncu odwrocil, Jay spostrzegl, ze to wciaz ten sam, niezmieniony Joe o zywo niebieskich oczach i usmiechu bardziej odpowiednim dla czternastolatka niz szescdziesieciopiecioletniego mezczyzny. Na szyi mial zawieszony jeden ze swoich czerwonych, flanelowych amuletow. Gdy Jay uwaznie rozejrzal sie po dzialce, zauwazyl ze podobne talizmany znajduja sie na kazdym drzewie, na kazdym krzaku, nawet na rogach cieplarni i inspektow skonstruowanych domowym sposobem. Klosze ze sloikow i odpowiednio ucietych plastikowych butelek po lemoniadzie, chroniace kielkujace nasiona, tez mialy zawiazany wokol kawalek czerwonego sznureczka badz starannie wyrysowany tym samym kolorem jakis znak. Mogl byc to kolejny wymyslny zart starszego pana – jak pulapki na skorki czy szerbetowy krzew – jednak tym razem humor Joego cechowal jakis ponury upor, przywodzacy na mysl czlowieka w oblezonym miescie. Jay spytal go o te wszystkie amulety, spodziewajac sie w odpowiedzi tradycyjnego dowcipu, szelmowskiego przymruzenia oka, a tymczasem wyraz twarzy Joego pozostal nadzwyczaj powazny.

– To dla ochrony, chlopcze – oznajmil cichym glosem. – Dla ochrony.

Wiele czasu zabralo Jayowi zrozumienie, jak bardzo powazne bylo to oswiadczenie.

Lato wilo sie leniwie, niczym piaszczysta, wiejska droga. Jay wpadal na Pog Hill Lane w zasadzie co dzien, a kiedy czul nieprzeparta ochote pobycia w samotnosci, wowczas szedl do Nether Edge i nad kanal. Niewiele sie tam zmienilo. Na wysypisku przybylo wspanialosci: kilka lodowek, worki ze starymi ubraniami, zegar z uszkodzona obudowa, karton wypchany zniszczonymi ksiazkami w tanich wydaniach. Dzieki kolei rowniez trafialy tam rozmaite skarby: gazety, czasopisma, polamane plyty gramofonowe, fajansowe kubki i spodki, puszki, butelki nadajace sie do skupu. Kazdego ranka Jay przeczesywal tory i ich bezposrednie sasiedztwo, zbierajac to, co wydawalo mu sie cenne badz interesujace, po czym dzielil sie swoimi znaleziskami z Joem w jego domu. Starszy pan nie marnowal niczego. Stare gazety wedrowaly na kompost. Kawalki chodnika powstrzymywaly rozrost chwastow na warzywnych grzadkach. Plastikowe torby oslanialy galezie owocowych drzew i odstraszaly ptaki. Joe zademonstrowal Jayowi, jak robic klosze dla oslony mlodziutkich sadzonek i kielkujacych nasion z zaokraglonych czesci butelek od lemoniady i jak wykorzystywac stare, zuzyte opony w charakterze rozsadnikow dla ziemniakow. Pewnego dnia spedzili cale popoludnie na taszczeniu wyrzuconej lady chlodniczej w gore nasypu, by ja przerobic na inspekt. Zlom i stare ubrania sortowali do odpowiednich kartonow i potem Joe sprzedawal je wedrownemu handlarzowi staroci. Oproznione puszki po farbach i plastikowe wiaderka stawaly sie doniczkami na rosliny.

W zamian za te wszystkie skarby Joe odkrywal przed Jayem sekrety ogrodu. Powoli chlopiec nauczyl sie odrozniac lawende od rozmarynu i hyzop od szalwii. Nauczyl sie, jak smakowac glebe – trzeba bylo wrzucic szczypte pod jezyk, jak czlowiek sprawdzajacy jakosc tytoniu – by okreslic jej kwasowosc. Jay nauczyl sie takze usmierzac bol glowy za pomoca rozkruszonej lawendy, a sciskanie w dolku – mieta pieprzowa. Dowiedzial sie, jak parzyc herbatke z rumianku na lepszy sen. Nauczyl sie sadzic margerytki na poletkach ziemniaczanych dla odstraszania szkodnikow, zrywac czubki pokrzyw na piwo, a takze wyrysowywac grabiami znak chroniacy od zlego uroku, ilekroc nad ogrodem przeleciala sroka. Oczywiscie zdarzalo sie, ze niekiedy starszy pan nie mogl sie powstrzymac od jakiegos zartu. Jak na przyklad wtedy, gdy dal mu do smazenia cebulki zonkili zamiast normalnej cebuli lub gdy kazal mu sadzic pod plotem dojrzale truskawki, by sprawdzic, czy wyrosna z nich nowe krzaczki. Ale przez wiekszosc czasu Joe zachowywal sie bardzo powaznie – a przynajmniej tak sadzil Jay – i najwyrazniej czerpal przyjemnosc z nowej dla siebie roli nauczyciela. Pewnie juz wtedy wiedzial, ze to wszystko zmierza ku koncowi, chociaz w owym czasie Jay niczego nie podejrzewal i tego lata czul sie najszczesliwszy w zyciu, gdy siedzial na dzialce Joego i sluchal z nim razem radia, czy sortowal zlom i szmaty, lub gdy trzymal szatkownice do warzyw i gdy razem selekcjonowali owoce na nastepna partie wina. Porownywali wartosc muzyczna „Good Vibrations” (wybor Jaya) z wartoscia „Brand New Combine Harvester” (wybor Joego). Jay czul sie bezpieczny, chroniony przez dobre moce, jakby znalazl sie nagle w niewielkim zalomku wiecznosci, ktory mial trwac w nieskonczonosc i nigdy go nie zawiesc. Wszystko wokol jednak ulegalo nieznacznej zmianie. Byc moze tkwila ona w samym Joem: niezwyklym dla niego niepokoju, nadzwyczaj rozwaznym spojrzeniu, malejacej liczbie gosci – czasami przez caly tydzien przychodzily zaledwie dwie osoby – lub w niezwyklej, zlowrogiej ciszy panujacej na Pog Hill Lane. Nie bylo juz slychac zadnych stukow i pukow, zadnego podspiewywania, na linkach suszylo sie coraz mniej prania, a klatki dla krolikow i golebniki staly porzucone, popadajac w ruine.

Вы читаете Jezynowe Wino
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату