W pierwszej polowie lata Joe byl w doskonalej formie. Wydawal sie duzo mlodszy niz kiedykolwiek przedtem – pelen nowych pomyslow i planow. Wiekszosc czasu spedzal na swojej dzialce, chociaz zachowywal teraz wieksza ostroznosc, dlatego na przyklad przerwe na herbate urzadzali zawsze w kuchni, wsrod krzaczkow pomidorow. Gilly zjawiala sie na Pog Hill przynajmniej co drugi dzien i wowczas razem z Jayem chadzali na torowisko w poszukiwaniu skarbow, ktore potem taszczyli w gore nasypu, ku domowi Joego.

Cale obozowisko, jak wyjasnila Gilly, przenioslo sie poza Monckton Town w maju, kiedy to grupa miejscowych dzieciakow zaczela przysparzac im klopotow.

– Sukinsyny – rzucila od niechcenia, zaciagajac sie papierosem, ktorego palili na spolke. – Rozpoczelo sie od wyzwisk. Ale to bylo drobne, nic nieznaczace gowno. Potem zaczeli walic nocami do drzwi, rzucac kamieniami w okna, a jeszcze potem odpalac petardy pod samochodami. W koncu otruli naszego psa i wtedy Maggie zdecydowala, ze tego juz za wiele.

W tym roku Gilly rozpoczela nauke w lokalnym gimnazjum. Twierdzila, ze z wiekszoscia ludzi jej stosunki ukladaly sie jak najlepiej, z wyjatkiem pewnej grupy dzieciakow. Gilly opowiadala o tym w dosc nonszalancki sposob, jednak Jay zdawal sobie sprawe, ze dla Maggie przeniesienie samochodu tak daleko musialo stanowic powazny problem.

– Najgorsza z nich, prowodyrka, to dziewucha o imieniu Glenda. Chodzi do mojej szkoly, o klase wyzej. Juz kilka razy sie z nia bilam. Nikt inny nie ma odwagi z nia zadzierac z powodu jej brata.

Jay rzucil jej czujne spojrzenie.

– Ty go znasz – oswiadczyla Gilly, po raz kolejny gleboko sie zaciagajac. – To ten wielki sukinsyn z tatuazami.

– Zeth.

– Aha. Przynajmniej on juz przestal chodzic do szkoly. Widuje go jedynie od czasu do czasu w Edge, jak strzela do ptakow. – Wzruszyla ramionami. – Chociaz teraz rzadko tam chodze – dodala nieco rozzalonym tonem. – Naprawde rzadko. Juz nie lubie.

A wiec Nether Edge przeszlo we wladanie bandy kilku dzieciakow w wieku od dwunastu do pietnastu lat pod wodza siostry Zetha, tak przynajmniej wywnioskowal Jay. W weekendy zapewne chodza do centrum miasteczka i podzegaja sie nawzajem do drobnych kradziezy w sklepie – glownie slodyczy i papierosow – a potem wlocza sie po Nether Edge, badz odpalaja petardy nad kanalem. Przypadkowi przechodnie staraja sie ich unikac, by nie narazac sie na nieprzyjemne zaczepki. Nawet wlasciciele psow, wyprowadzajacy swoje czworonogi na spacery w okolice Edge, zaczeli unikac tego miejsca.

Jaya ogarnelo dziwne poczucie straty… Po bitwie na kamienie sam nieufnie poruszal sie po tym terenie, zawsze sciskajac trzymany w kieszeni amulet od Joego, zawsze czujnie sie rozgladajac, by przypadkiem nie wpasc w tarapaty. Zaczal unikac kanalu, sluzy i popieliska, ktore teraz wydawaly mu sie terenem zbyt niebezpiecznym do zabaw. Za kazda cene zamierzal uniknac ponownego spotkania z Zethem. Za to Gilly nie czula strachu. Ani przed Zethem, ani przed Glenda. Bala sie natomiast o Jaya.

Gdy to zrozumial, natychmiast ogarnelo go oburzenie.

– Kto jak kto, ale ja nie zamierzam stac z boku i patrzec na to wszystko spokojnie – rzucil krewko. – Nie przestrasze sie jakiejs tam bandy dziewczyn. A ty?

– Oczywiscie, ze nie!

To gorace zaprzeczenie potwierdzilo jego podejrzenia. Jay poczul potrzebe natychmiastowego udowodnienia, ze potrafi byc rownie waleczny, jak i ona – tym bardziej ze od czasu walki na kamienie mial niejasne poczucie, ze gdy chodzi o wrodzona agresje, Gilly zdecydowanie nad nim goruje.

– Mozemy pojsc tam jutro – zaproponowal. – Pojdzie my na popielisko i poszukamy butelek.

Gilly usmiechnela sie szeroko. W ostrym swietle jej wlosy blyszczaly niemal rownie jaskrawo, jak zarzacy sie koniuszek papierosa. Miala tez zarozowiony nos od zbyt dlugiego wystawiania na slonce. I nagle Jaya zalala fala jakiegos uczucia, ktorego nie potrafil okreslic, jednak tak silnego, ze az zrobilo mu sie niedobrze. Jak gdyby nagle cos wywrocilo sie w jego wnetrzu, nastrajajac jego cialo na niespotykana do tej pory czestotliwosc. Poczul nagla, nieprzeparta ochote dotkniecia jej wlosow. Gilly spojrzala na niego wyzywajaco.

– Jestes pewien, ze sobie poradzisz? – spytala. – Nie jestes tchorzem? Nie jestes, Jay? – Napiela ramiona niczym kulturysta i wydala z siebie pare wojowniczych okrzykow. – Nie boisz sie chocby ociupinke?

To dziwne uczucie, chwila tajemniczego objawienia przeminela. Gilly strzelila petem w pobliskie krzaki, wciaz usmiechajac sie szeroko. Jay chwycil ja mocno i zaczal targac za wlosy, az wrzasnela i kopnela go z calej sily w lydke. W ten sposob stan normalnosci – a przynajmniej uchodzacy miedzy nimi za taki – zostal przywrocony.

Tej nocy spal zle. Dlugo wpatrywal sie w ciemnosc i rozmyslal o wlosach Gilly – ich cudownym, wyzywajacym odcieniu, plasujacym sie gdzies pomiedzy jesiennym lisciem a marchewka – potem o czerwonej smudze osypiska ponad popieliskiem i o glosie Zetha szepczacym: „Moge poczekac” i „Juzes trup”, az w koncu musial wstac i wyjac czerwony, flanelowy talizman Joego z plecaka, w ktorym go zazwyczaj przechowywal. Chwycil amulet w mocnym uscisku – kawalek szmatki znoszony i wyblyszczony po trzech latach mietoszenia w dloniach – i od razu poczul sie lepiej.

Bac sie? A czemuz mialby sie bac!

Przeciez ostatecznie magia byla po jego stronie.

27

Lansquenet, marzec 1999

Przez te wszystkie lata bardzo polubilam Jaya. Razem dojrzewalismy i pod wieloma wzgledami jestesmy do siebie podobni. O wiele bardziej skomplikowani, nizby sie to moglo wydawac na pierwszy rzut oka. Dla niewyrafinowanowanego podniebienia mamy zbyt kwasny posmak i zbyt bogaty bukiet, by wyczuc prawdziwe aromaty glebszych uczuc. Prosze wybaczyc, jezeli staje sie zbyt pretensjonalna wraz z wiekiem, ale wlasnie tak samotnosc wplywa na wino, a dalekie podroze i niezbyt delikatne traktowanie nie poprawiaja tego stanu. Niektore rzeczy nie powinny znajdowac sie zbyt dlugo w zamknieciu.

Natomiast gdy chodzi o Jaya, sprawy maja sie, oczywiscie, nieco inaczej. Jayem bowiem rzadzi gniew.

Nie pamieta juz czasow, kiedy nie pozeralo go to uczucie. Najpierw wsciekal sie na rodzicow. Potem na szkole. I na samego siebie. A takze – i moze przede wszystkim – na Joego. Joego, ktory zniknal bez ostrzezenia, bez zadnego namacalnego powodu, zostawiajac po sobie jedynie paczke nasion, niczym stwor z jakiejs groteskowej basni. Ten gniew Jaya – to destruktywny czynnik. Destruktywny dla ducha – jego i mojego. „Specjaly” doskonale to czuly. Pozostale cztery butelki, ustawione na stole, czekaly na rozwoj wydarzen w pokornym, zlowrogim milczeniu, z brzuchami wypelnionymi czarnym ogniem.

Gdy Jay zbudzil sie nastepnego ranka, Joe wciaz byl obok. Siedzial przy stole pochylony nad kubkiem herbaty, wsparty lokciami o stol, w czapce na bakier i waskimi okularami do czytania zsunietymi na czubek nosa. Promien sloneczny naznaczony smuga kurzu przedarl sie przez szczeline w okiennicy i wyzlocil jedno z jego ramion do stanu niemal niewidzialnosci. Joe zdawal sie utkany z tej samej ulotnej materii co napoj wypelniajacy jego butelki; gdy swiatlo padalo wprost na niego, bylam w stanie przeszyc go na wskros, chociaz Jayowi zdawal sie stuprocentowo namacalny, gdy tak siedzial wyprostowany, przemieszczajac sie pomiedzy jednym a drugim marzeniem.

– Dzien dobry – powiedzial starszy pan.

– Teraz juz nie mam watpliwosci, co sie dzieje – stwierdzil Jay. – Popadam w szalenstwo.

Joe usmiechnal sie szeroko.

– Zawsze byles lekko szurniety – zawyrokowal. – Cozez cie opetalo, by rozrzucac te nasiona wzdluz linii kolejowej! Miales je starannie przechowac. Skorzystac z nich w nalezyty sposob. Gdybys byl tak uczynil, nie wydarzylo by sie nic, czego bys sam sobie nie zyczyl.

– Co chcesz przez to powiedziec? Joe zignorowal jego pytanie.

– Wiesz, pod ta kladka wciaz sie przepieknie rozwija tuberosa rosifea. To juz pewnie ostatnie miejsce na ziemi, gdzie mozna by zebrac tak zacne plony. Kiedys powinienes pojechac i zobaczyc to na wlasne oczy. A potem zrobic sobie z nich wino.

– Co to znaczy „skorzystac w nalezyty sposob”? To byly jedynie nasiona.

– Jedynie nasiona? – Joe potrzasnal glowa w gescie rozdraznienia. – I ty tak mowisz, po tym wszystkim, czego cie uczylem? Te „tubery” to byly „Specjaly”, kladlem ci to w glowe po wielokroc. Nawet napisalem o tym na opakowaniu.

– Ja nie dojrzalem w nich nic szczegolnego – oznajmil Jay, wciagajac dzinsy.

– Tys pewien? Wiec powiem ci cos, chlopcze. Wlozylem kilka nasion „tuber” do kazdej jednej butelki mojego wina. Kazdej jednej bez wyjatku, wyprodukowanej od czasu, gdy przywiozlem owe nasiona z Ameryki Poludniowej. Zabralo mi piec lat, by odpowiednio przygotowac glebe. Powiadam ci…

– Daruj sobie – przerwal mu Jay ostrym glosem. – Ty nigdy nie byles w Ameryce Poludniowej. Bardzo bylbym zdziwiony, gdyby sie okazalo, ze zawedrowales chociazby do poludniowego Yorkshire.

Joe zasmial sie glosno i wyjal z kieszeni paczke playersow.

– Moze byc, ze nie, chlopcze – przyznal lekkim tonem, zapalajac papierosa. – Ale tak czy owak, wszystko to widzialem. Widzialem na wlasne oczy wszystkie te miejsca, o ktorych ci opowiadalem.

– Akurat, widziales.

Joe potrzasnal nostalgicznie glowa.

– Podroz astralna, chlopcze. Astralna wedrowka. Bo jak inaczej, wedlug ciebie, moglbym tego dokonac, jezeli polowe swego piorunskiego zycia spedzilem pod ziemia?

Glos Joego niemal pobrzmiewal gniewem. Jay z utesknieniem spojrzal na papierosa w jego dloni. Wydzielal taki zapach, jak palacy sie papier w noc obrzedow swietojanskich.

– Nie wierze w cos takiego, jak podroze astralne.

– Wiec jak, w takim razie, zamierzasz wyjasnic sobie moja tu obecnosc?

Noc swietojanska, lukrecja, smazony tluszcz, dym i Abba spiewajaca „The Name of the Game” – numer jeden na liscie przebojow przez caly tamten miesiac. Wtedy przesiedzial mnostwo czasu w dormitorium, palac papierosy – nie dlatego, ze sprawialo mu to jakas niezwykla przyjemnosc, ale dlatego, ze

Вы читаете Jezynowe Wino
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату