studentek byla juz w polowie drogi do koronera. Bardzo odporna pracownica uniwersytetu.

Wiktorianie, ktorzy wzniesli ten budynek, nie uwazali za stosowne, by niefortunni przyjaciele wylamywali drzwi do pokojow panienek. Robota byla solidna. Ale skoro szczupla dama tak spokojnie zakladala, ze wylamanie ich lezy w mojej mocy, nie chcialbym zawiesc. W koncu wylamalem zamek noga. Ustapilo drewno framugi i drzwi otworzyly sie z trzaskiem.

Mimo halasu, zadna studentka nie pokazala sie na korytarzu. W dalszym ciagu nie bylo w poblizu nikogo. Wszedlem do pokoju Elinor, zapalilem swiatlo i zamknalem za soba drzwi.

Elinor lezala na lozku przykryta niebieska narzuta gleboko uspiona, z fala srebrnych wlosow rozsypanych wokol glowy. Wygladala pieknie i spokojnie. Byla czesciowo rozebrana i pewnie dlatego zamknela drzwi na klucz. Miala na sobie jedynie stanik, majtki, prosta halke. Wszystko to bylo biale z rozowymi paczkami roz i wstazeczkami. Ladne. Podobaloby sie Belindzie. Ale w tej sytuacji nadawalo to Elinor wyraz wzruszajacej bezbronnosci. Wzmoglo jeszcze moj rozdzierajacy niepokoj.

Stroj, ktory miala na sobie Elinor podczas wizyty u Humbera, lezal na podlodze. Jedna ponczocha przewieszona byla przez porecz krzesla, druga lezala na podlodze, tuz obok reki Elinor. Czysta para ponczoch byla na toaletce, a na szafie wisiala na ramiaczku niebieska welniana suknia Elinor przebierala sie na wieczor.

Skoro nie obudzilo jej moje kopanie w drzwi, to na pewno nie obudzi dotkniecie. Sprobowalem jednak. Potrzasnalem ja za reke. Nie poruszyla sie. Miala normalny puls, regularny oddech, cere tak delikatna jak zwykle. Wszystko wygladalo normalnie. To wlasnie wydalo mi sie przerazajace.

Zastanawialem sie z niepokojem, kiedy wreszcie przyjdzie lekarz? Drzwi byly bardzo oporne – czy tez moze ja bylem bardzo slaby, bo tak tez mozna na to spojrzec – i chyba musialo minac juz co najmniej dziesiec minut od chwili, gdy kobieta poszla telefonowac.

Jakby w odpowiedzi na to, otworzyly sie drzwi i schludny, solidnie wygladajacy mezczyzna w srednim wieku, ubrany w szary garnitur, wkroczyl do pokoju. Byl sam. W jednej rece trzymal torbe, a w drugiej siekierke strazacka. Wchodzac do pokoju przyjrzal sie rozbitej framudze, zamknal drzwi i odlozyl toporek na biurko Elinor.

– Nie tracil pan czasu – rzekl szorstko. Zmierzyl mnie wzrokiem od gory do dolu bez zbytniego entuzjazmu i wskazal gestem, zebym usunal sie z drogi. Wtedy przyjrzal sie dokladniej Elinor, jej podwinietej halce i golym dlugim nogom i powiedzial do mnie ostro, podejrzliwie: – Czy ruszal pan jej ubranie?

– Nie – odparlem gorzko. – Potrzasnalem ja za reke. I zbadalem puls. Kiedy tu wszedlem, lezala w tej pozycji.

Cos, moze po prostu moje nazbyt wyrazne zmeczenie, sprawilo, ze obrzucil mnie nagle profesjonalnym, bezosobowym spojrzeniem.

– W porzadku – powiedzial i pochylil sie nad Elinor.

Stalem za nim, kiedy ja badal, i zauwazylem, ze obciagnal jej halke tak, by dosiegala kolan.

– Fenobarbiton i dzin. Czy jest pan pewny?

– Tak.

– Sama to wziela? – zaczal otwierac torbe.

– Nie. Zdecydowanie nie.

– To miejsce zazwyczaj pelne jest kobiet – powiedzial bez zwiazku. – Ale pewnie wszystkie sa na jakims spotkaniu. – Znow przyjrzal mi sie badawczo. – Czy moze pan mi pomoc?

– Tak.

– Jest pan pewien? – zawahal sie.

– Prosze mi tylko powiedziec, co mam robic.

– Dobrze. Prosze znalezc duzy dzbanek i wiadro lub miednice. Najpierw wezme sie do niej, a potem pan mi opowie, jak to bylo.

Wyjal z torby strzykawke, napelnil ja i zrobil Elinor zastrzyk dozylny. Znalazlem dzbanek i miednice w sciennej szafie.

– Pan tu juz kiedys byl – zauwazyl lekarz, znow stajac sie podejrzliwy.

– Raz. – I, aby oszczedzic Elinor, dodalem: – Pracuje u jej ojca. To nic osobistego.

– Cieszy mnie to.

Wyjal igle, rozmontowal strzykawke i szybko umyl rece.

– Czy wie pan, ile wziela tabletek?

– To nie byty tabletki. Proszek. Co najmniej lyzeczke. Moze wiecej. Mial mine przerazona.

– Taka ilosc bylaby gorzka. Poczulaby ja.

– Dzin i campari… i tak sa gorzkie.

– No tak. Wyplucze jej zoladek. Wiekszosc trucizny zostala juz i tak zaabsorbowana, ale jesli przyjela az tyle… to w kazdym razie warto sprobowac.

Polecil mi napelnic dzbanek letnia woda, podczas gdy sam starannie umieszczal gruba rurke w gardle Elinor. Zdziwilo mnie, ze przykladal ucho do dlugiego wystajacego konca rurki, i wtedy wyjasnil mi krotko, ze kiedy pacjent jest nieprzytomny i nie moze przelykac, trzeba miec pewnosc, ze rurka weszla do zoladka, a nie do pluc.

– Jesli slychac oddech, znaczy, ze jest sie w zlym miejscu. Zalozyl lejek na koniec rurki, wzial dzbanek i ostroznie wlewal wode.

Kiedy do rurki wlal juz przerazajaca, jak mi sie zdawalo, ilosc wody, podal mi dzbanek i kazal ustawic miednice obok siebie. I wtedy zdjal lejek i skierowal koniec rurki w dol, do miednicy. Woda wylala sie z powrotem, wraz z cala zawartoscia zoladka Elinor.

– Aha – zauwazyl spokojnie – jadla cos przedtem. Chyba ciasto. To dobrze.

Trudno mi bylo okazac taka sama obojetnosc.

– Czy nic jej nie bedzie? – W moim glosie bylo napiecie. Spojrzal na mnie i wyciagnal rurke.

– Wypila to niecala godzine przed moim przyjsciem?

– Tak, chyba okolo piecdziesieciu minut przedtem.

– I jadla cos… Nie, nic jej nie bedzie. Zdrowa dziewczyna. Zastrzyk, ktory jej dalem, jest skutecznym antidotum. Obudzi sie prawdopodobnie za godzine. Wystarczy jedna noc w szpitalu i trucizna bedzie juz poza organizmem. Bedzie zupelnie zdrowa.

Potarlem reka twarz.

– Duze znaczenie ma tu sprawa czasu – powiedzial spokojnie. – Gdyby lezala tak przez wiele godzin… po calej lyzeczce, to moze byc trzydziesci gramow, albo nawet wiecej. – Pokrecil glowa. – Na pewno nie przezylaby.

Pobral probke zawartosci zoladka do analizy, a miednice przykryl recznikiem.

– W jaki sposob przecial pan sobie glowe? – zapytal nagle.

– W bojce.

– Trzeba to zszyc. Chce pan, zebym to zrobil?

– Tak. Bardzo dziekuje.

– Zrobie to, jak panne Tarren zabiora do szpitala. Doktor Pritchard powiedziala, ze zadzwoni po karetke. Powinni tu zaraz byc.

– Doktor Pritchard?

– Wykladowczyni, ktora mnie wezwala. Mam gabinet tuz za rogiem. Zatelefonowala do mnie i powiedziala, ze jakis gwaltowny, zakrwawiony mlodzieniec upiera sie, ze panna Tarren zostala otruta i zebym lepiej przyszedl i sprawdzil – usmiechnal sie przelotnie. – Nie powiedzial mi pan jeszcze, jak to sie stalo.

– Och, to taka dluga historia – odparlem zmeczonym glosem.

– Bedzie pan musial to opowiedziec policji.

Skinalem glowa. Bylo za duzo rzeczy, ktore bede musial opowiedziec policji. Nie oczekiwalem na to specjalnie niecierpliwie. Lekarz wyjal pioro i papier i napisal list, ktory mial towarzyszyc Elinor do szpitala.

Na korytarzu zadzwieczaly nagle dziewczece glosy, tupot nog, odglos otwieranych i zamykanych drzwi. Studentki wrocily ze swojego spotkania zbyt wczesnie z punktu widzenia Elinor, jako ze beda teraz swiadkami jej wyjazdu do szpitala.

Ciezkie kroki zatrzymaly sie przed drzwiami pokoju i rozleglo sie pukanie. Przyszli dwaj mezczyzni w fartuchach, bardzo umiejetnie przeniesli Elinor na nosze, owineli w koce i wyniesli. Fala milych glosow za drzwiami podniosla sie ze wspolczuciem i zaciekawieniem.

Doktor zamknal drzwi za sanitariuszami i nie tracac czasu wyjal z torby igle i nici, zeby zszyc rane na mojej skroni. Przysiadlem na lozku Elinor, kiedy dezynfekowal mi rane i nakladal szwy.

– Dlaczego pan sie bil? – zapytal zawiazujac nic.

Вы читаете Dreszcz
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату