– Z kims rozmawiasz? – zaciekawila sie.

Niezadowolony mag rzucil na nia okiem i zaczal burczec szybciej. Gdy pokonali jeszcze kilka stopni, skonczyl i odpowiedzial:

– Szykuje zaklecie. Nalezy wykorzystac kazda wolna chwile, nigdy nie wiesz, kiedy sie przyda.

– Super. A duzo znasz zaklec?

– Zalezy jakich – odpowiedzial Kreol niechetnie. – Latwych – jakies szescset… albo siedemset, nigdy nie przyszlo mi do glowy, zeby je policzyc.

– A co, sa i trudne?

– Oczywiscie. Proste zaklecie wystarczy wypowiedziec na glos. Tacy mocni magowie jak ja, moga i po cichu, ale to jest znacznie trudniejsze… a potem ono siedzi sobie w pamieci, dopoki nie postanowisz go uzyc. Trudniejsze trzeba nie tylko wymowic, ale jeszcze wykonac czynnosci towarzyszace. Na przyklad spalic ziola, rozlac wywar, krag narysowac, zlozyc ofiare… Zalezy od okolicznosci. Jak myslisz, do czego sa mi potrzebne narzedzia?

– Rozumiem, rozumiem… – Vanessa zamyslila sie, wyobrazajac sobie, jak mozna wykorzystac rzeczy z torby. – A do czego jest lancuch?

– Zeby podporzadkowac sobie demony, z ktorymi nie mam umowy – skrzywil sie Kreol. – Niemila sprawa.

– A jakie masz zaklecia? – Van nie chciala sie odczepic.

– Rozne!

– Ale jakie?

– Dlugo by wymieniac… – Mag zmarszczyl brwi. – Znajde troche czasu, przepisze moja ksiege na pergamin, wtedy zobaczysz…

Co, mozna bedzie poczytac? – zdziwila sie Vanessa. – Slyszalam, ze czarnoksiez… oj, przepraszam, magowie nikomu nie opowiadaja o swoich tajemnicach. I co, kazdy moze tak po prostu przeczytac zaklecie, a ono zadziala?

– Tez cos! – prychnal Kreol wzgardliwie. – Gdyby tak bylo, swiat skladalby sie z samych magow! Nie, nie wystarczy po prostu przeczytac tekst, aby zastosowac zaklecie, trzeba sie najpierw dlugo uczyc. A teraz nawet przeczytac nikt nie moze, skoro nikt nie zna sumeryjskiego. Jesli chcesz, potem opowiem ci wiecej. Nigdy nie odmawialem nauki magii innym…

Nie wiadomo dlaczego przy tych slowach Hubaksis ironicznie zachichotal.

Na osmym pietrze Vanessa uslyszala, ze Kreol znowu cos burczy pod nosem.

– A jakie zaklecie teraz szykujesz? – spytala z ciekawoscia.

– Daj mu spokoj – zapiszczal jej do ucha malusienki dzinn. – Jesli teraz przerwie, bedzie musial zaczac wszystko od poczatku. Tobie by sie cos takiego spodobalo?

– Aaa. – Van kiwnela glowa ze zrozumieniem. – A ile on moze… no, utrzymac zaklec?

– W pamieci – z jedenascie, dwanascie… W lasce – jeszcze z piec razy tyle. Przecietnie, oczywiscie.

– To znaczy?

– No, jedne zaklecia zajmuja wiecej miejsca, inne mniej. Trzesienie Ziemi albo Piekielny Grad, na przyklad, zajmuja polowe pamieci albo jedna dziesiata laski. A Swiatlo, wrecz przeciwnie, mozna setkami zapamietywac i jeszcze na cos innego miejsca zostanie…

– Trzesienie Ziemi…? – zainteresowala sie Vanessa. Wyglada na to, ze jednak nie docenila Kreola.

Recepcjonistka odprowadzila te dwojke zdziwionym wzrokiem. Moglaby przysiac, ze nigdy wczesniej nie widziala tutaj ani lysego mezczyzny we fraku, ani Chinki w policyjnym mundurze. Ale pracodawcy kazali jej zatrzymywac wchodzacych, a nie wychodzacych, wiec nic nie powiedziala.

Na ulicy Kreol zjezyl sie. Byl przyzwyczajony do cieplejszych okolic. Co prawda, San Francisco ma calkiem cieply klimat, ale w pazdzierniku, do tego w nocy, bylo tam dosc chlodno, a mag nie byl odpowiednio ubrany.

Wpol do czwartej nad ranem to pozna godzina (lub bardzo wczesna, zalezy jak na to patrzec), a laboratorium profesora znajdowalo sie dosc daleko od centrum, na ulicach nie bylo wiec tloku.

Gdy czekali na taksowke, Kreol zdazyl wrzucic do pamieci az trzy pelne zaklecia.

– Tak, najwazniejsze: nie boj sie – szybko uprzedzila go Vanessa, przypominajac sobie, jakie przerazenie budzily samochody w roznych cudakach z przeszlosci, jakich widywala na filmach.

– Przeciez wiem – odparl rozdrazniony mag. – Myslalby kto, samobiezny rydwan, mialem podobny. Nie bierz mnie za dzikusa, kobieto.

– No dobrze. – Vanesse ucieszyla jego reakcja. – W takim razie wsiadaj.

Wlasnie jakis kierowca zauwazyl jej znaki i taksowka zatrzymala sie przy krawezniku.

Kreol byl przyjemnie zaskoczony, gdy odkryl, ze za kierownica siedzi Murzyn. Sam byl w jednej czwartej Afrykaninem i mial dla czarnych wiecej szacunku niz dla bialych. Jesli trafil sie jeden czarnoskory, to znaczy, ze jest ich tu wiecej. Kreol byl zadowolony.

– Co, pani oficer, aresztowalismy kogos? – wesolo zapytal kierowca.

– Nie. My… wracamy z balu karnawalowego. Tak, wlasnie, to kostiumy z maskarady. – Vanessa znalazla wytlumaczenie. Nie miala ochoty przyznawac sie, ze jest prawdziwa policjantka, chociaz bylo to tchorzostwo.

– Tak, tak, rozumiem – przytaknal szofer.

W rzeczywistosci nie uwierzyl jej. Doswiadczone oko starego taksowkarza od razu dostrzeglo, ze w kaburze dziewczyny tkwi prawdziwy pistolet, a nie atrapa. Ale po co ma sie wtracac w nie swoje sprawy? Ma dosc wlasnych problemow.

– Dokad jedziemy? – podejrzliwie zapytal Kreol.

– Do mnie, do domu – odpowiedziala Van. – Pomieszkacie tam kilka dni, a potem poszukamy czegos lepszego.

– Na poczatek trzeba sie zaopatrzyc w pieniadze. Zdobadz mi pomieszczenie do odprawiania rytualow, kobieto, a szczodrze cie wynagrodze.

Odpowiadalo to w pelni planom Vanessy, kiwnela wiec z zadowoleniem glowa. Kierowca obserwowal ich we wstecznym lusterku, starajac sie zgadnac, w jakim jezyku rozmawiaja.

Vanessa mieszkala na przeciwnym krancu miasta, w niemalze takim samym domu, jak ten, ktory opuscili.

Wynajmowala mieszkanie na spolke z kolezanka Louise McDougal, kasjerka z supermarketu.

– Tylko cicho – uprzedzila, otwierajac drzwi. – Jesli czegos nie zrozumiecie, pytajcie mnie. Nie czarowac bez pozwolenia, nie wychodzic z domu, nie halasowac za bardzo. Jasne?

– Panie, kto tu jest najwazniejszy? – zapiszczal Hubaksis z pretensja.

– Milcz, niewolniku – dobrodusznie nakazal Kreol.

Okazalo sie, ze mieszkanie Vanessy i Louise jest tylko troche wieksze od pracowni profesora Greena. Ale za to byl tu telewizor, meble wypoczynkowe i inne przyjemne osiagniecia cywilizacji. Bylo widac, ze tutaj ktos naprawde mieszka, a nie tylko przychodzi od czasu do czasu popracowac.

Telewizor nie zainteresowal Kreola – pudelko jak pudelko, co w nim ciekawego? Vanessa nie wlaczyla go, postanowiwszy pokazac pozniej. Pozostale wyposazenie tez nie przyciagalo uwagi – w pokoju nie bylo niczego nadzwyczajnego. Za to Kreol po prostu oslupial, zobaczywszy domowego pieszczocha dziewczat – puszystego kota syjamskiego o imieniu Fluffi.

– Swiete zwierze! – zawolal z zachwytem. Nabral do Van wiekszego szacunku. – Nie mowilas, ze nalezysz do szlachetnych!

– O czym mowisz? – Wzruszyla ramionami Vanessa, zrzucajac bezczelnego kota z poduszki.

– Swietokradztwo! – zakrzyknal wzburzony Kreol. – Nie waz tak sie obchodzic z Kotem!

Niemalze bylo slychac, jak ostatnie slowo wymawia wielka litera.

– A myslalam, ze tylko Egipcjanie czcili koty… – zauwazyla Vanessa w zamysleniu, patrzac, z jaka atencja Kreol gladzi prezacego sie Fluffiego.

– Sumeryjczycy ich nie czcili – zapiszczal jej do ucha dzinn. – Po prostu odnosili sie do nich z szacunkiem. Posiadac je mogli tylko czlonkowie arystokratycznych rodow, a za zabicie kota grozila kara smierci.

– No nie wiem, wedlug mnie to wlasnie nazywa sie oddawaniem czci – burknela Vanessa.

Drzwi do pokoju Louise otwarly sie i pojawila sie w nich sama Louise – zaspana, mrugajaca od oslepiajacego ja jasnego swiatla. Platynowa blondynka z dlugimi nogami, znacznie ladniejsza od swojej przyjaciolki. Chociaz wszystko jest sprawa gustu.

– O, czesc, Van! – wymamrotala sennie. – Przeciez mialas dzis byc w pracy przez cala noc?

Вы читаете Arcymag. Czesc I
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ОБРАНЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату