Oczywiscie, ze jestem – powiedziala Vanessa z odrobina niepewnosci w glosie. – To bardzo dobry frak i swietnie na ciebie pasuje, a to najwazniejsze. Jutro kupie ci cos innego.
– Nie wierze, ze w tym mozna sie normalnie poruszac – burknal Kreol, zginajac rece. Nie byl w najmniejszym stopniu przyzwyczajony do takiej odziezy, wiec utrudnialo mu to poruszanie. – No nic, rozkrece sie jak nalezy, wypelnie Plan – slowo „plan” zdawal sie wymowic duza litera – i wszystkich przebiore w normalne rzeczy…
– A co nosili w starozytnym Egipcie?
– W jakim znowu Egipcie, jestem z Sumeru! – odgryzl sie Kreol.
– Oj, wybacz, zapomnialam. – Vanessa usmiechnela sie wesolo. – No wiec co tam nosili?
– W Babilonie nosili plaszcze, tuniki, kaftany – odpowiedzial Hubaksis. – Do tego pan nigdy nie pokazywal sie bez dwoch skrzyzowanych szarf. A pantalonow nikt u nas nie nosil. To barbarzynski stroj.
– Po pierwsze, to nie pantalony, tylko spodnie. – Vanessa ujela sie za wspolczesna moda. – Po drugie, wcale nie barbarzynski tylko bardzo wygodny – sama tak chodze.
– Kobieta w pantalonach?! – Kreol dopiero teraz zwrocil uwage na stroj Vanessy. – Co za wstretny widok!
– No moj drogi! – Vanessa obrazila sie jeszcze bardziej. – Lepiej bys porzucil te swoje przestarzale poglady – na swiecie jest dwudziesty pierwszy wiek!
– Dwudziesty pierwszy? – zasepil sie Kreol i zaczal cos liczyc na palcach. – A od jakiego wydarzenia liczycie? Za moich czasow mielismy szescdziesiaty wiek po Wielkim Potopie…
– A co znowu za potop? – zbagatelizowala Vanessa. – Liczymy lata od narodzin Chrystusa. Ale o tym opowiem ci pozniej. W ogole musisz sie wiele dowiedziec.
Vanessa cofnela sie i sceptycznie popatrzyla na ubranego maga. W nieznanym ubraniu bylo mu strasznie niewygodnie, z trudem powstrzymywal sie od drapania tu i owdzie. Ale ogolny obraz spodobal sie jej – teraz Kreol przypominal wylysialego Jamesa Bonda. W takiej postaci nie powinien przynajmniej wywolac zdziwienia na ulicy.
– Brakuje krawata – powiedziala w zadumie. Nie znalazla porzadnych krawatow – tylko kilka szmatek w strasznym kolorze, ktore zazwyczaj daje sie w prezencie na urodziny, gdy zabraknie lepszych pomyslow. – Dobrze, dobrze, na poczatek moze byc. Zbieraj swoje rzeczy i idziemy.
Kreol zgarnal przedmioty zabrane z muzeum i znieruchomial na srodku pokoju, niezdecydowany. Wowczas Vanessa takze zrozumiala, ze z taka kupa zlota w rekach bedzie tak czy siak wygladal podejrzanie, ruszyla wiec na poszukiwanie jakiejs torby lub walizki. W koncu znalazla torbe z kijami golfowymi. Sadzac po ich wygladzie, nie byly uzywane co najmniej od zeszlego roku, Vanessa nie czula wiec specjalnych wyrzutow sumienia, wyrzucajac wszystkie kije na podloge. Do oproznionego pojemnika wlozyli narzedzia Kreola. Co prawda nie wszystkie – tylko ruszt, czare i lancuch. Amulet zostal na jego szyi, a noz wysmienicie zmiescil sie w lewej kieszeni spodni. Mag nie zgodzil sie tez na rozstanie z laska, motywujac, ze jest to najcenniejsza rzecz ze wszystkiego co ma i wolalby juz wyrzucic reszte. Van musiala szybciutko odswiezyc cala swa wiedze na temat krawiectwa i dorobic pod pola fraka cos w rodzaju dwoch petelek ze sznurka, w ktore wsuneli laske. Kreol upewnil sie, ze moze wyciagnac ja jednym ruchem reki i to go zadowolilo.
– Teraz trzeba jakos otworzyc drzwi – powiedziala w zamysleniu. – Oczywiscie, profesor zamknal je od zewnatrz… Nie masz czasem przy sobie karty kredytowej? A w ogole o co ja pytam… Dobrze, zaraz cos wymysle…
– Otworzyc drzwi? – Kreol usmiechnal sie pod nosem. – Juz sie robi.
– Nawet o tym nie mysl! – krzyknela Van, ale mag juz uruchomil zaklecie Blyskawicy.
Z reki Kreola wystrzelil ogromny ladunek elektryczny, zamieniajac i tak wielce zalosne drzwi w cos wiszacego na jednym zawiasie. Kreol z dumna mina popchnal smetny kawalek drewna, ktory z trzaskiem upadl na podloge, podnoszac obloczek kurzu.
– Sprytnie – westchnela Vanessa, rozumiejac, ze juz za pozno na klotnie. – A tak przy okazji, jesli bez wysilku wladasz taka moca, to moze oddalbys mi pistolet? Tak w ogole noszenie broni bez pozwolenia podlega u nas karze!
Kreol wyciagnal bron, o ktorej juz zdazyl zapomniec. Amulet ochronny milczal, a to znaczylo, ze dziewczyna nie zywi wzgledem niego zadnych wrogich uczuc. Do tego w miedzyczasie zdazyl juz odbudowac jedna warstwe Osobistej Ochrony. Bylo to jedno z nielicznych zaklec, ktorych nie da sie umiescic w lasce.
– Co to jest „pozwolenie” i skad wiesz, ze go nie mam? – zapytal podejrzliwie, wyciagajac w jej strone reke z pistoletem.
– No, to jest… – sprobowala Vanessa, ale szybko sie poddala. Mimo ze mowila po sumeryjsku tak, jakby byl to jej ojczysty jezyk, jednak wiele slow musiala, tak jak przedtem, wymawiac po angielsku. W sumeryjskim po prostu nie istnialy pojecia, jakie oznaczaly. – Potem postaram sie wyjasnic…
Kreol zdecydowanie przestapil przez rozwalone drzwi i ruszyl na klatke schodowa. Hubaksis pomknal w slad za nim.
– Ejze, poczekajcie! – zawolala Vanessa. – Nie wiem, jak tam bylo u was, ale u nas po ulicach nie lataja dzinny. No juz, szybko do torby!
– Van, a moze lepiej schowam sie u ciebie za pazucha? – zaproponowal dzinn. – Tam tez nikt mnie nie zauwazy, a bedzie cieplej…
– Jeszcze czego! – oburzyla sie, zauwazywszy, z jakim pozadaniem gapi sie na nia dzinn-liliput. – Schowaj sie u swojego pana, jesli boisz sie zmarznac!
– On jest zimny! I wstretny…
– Nie zwracaj na niego uwagi. – Kreol machnal reka z obrzydzeniem. – Nie jest wyjatkiem, dzinny ganiaja za wszystkim, co sie rusza. Jesli to „wszystko” jest plci zenskiej, jak dotad nigdy nie slyszalem o dzinnach sodomitach.
– I tak nic mu z tego nie wyjdzie, nalezymy do roznych kategorii wagowych – z pogarda fuknela Vanessa.
– Ej, slicznotko, jesli trzeba, moge powiekszyc sie do twoich rozmiarow, wtedy zobaczysz! – Hubaksis rozplynal sie w usmiechu. – Chcesz popatrzec?
– Obejdzie sie! Naprawde potrafisz? – zapytala na wszelki wypadek Van.
– Moze, moze – zmeczonym glosem odpowiedzial mag. – Na bardzo krotko, ale tyle mu wystarczy.
– I to jeszcze jak starczy! – potwierdzil dzinn. – Do tej pory nikt nie narzekal!
– Trzymaj sie jak najdalej ode mnie! – Van podsunela piesc pod sama twarz Hubaksisa, a druga reka jednoznacznie dotknela kabury.
– Uspokoj sie, kobieto. – Kreol spojrzal na nia spod oka. – Moj sluga ma za dlugi jezyk, za to cala reszte krociutka. Nie wierzysz – zobacz sama. Pamietam, w domu ciagle czepial sie moich niewolnic, a jak przyszlo co do czego…
Mag popatrzyl na dzinna i zasmial sie obrzydliwie. Najwyrazniej przypomnialo mu sie cos smiesznego. Hubaksis zasyczal ze zloscia i wylecial przez sufit. Vanessa pomyslala z nadzieja, ze o tej porze moze na gorze nikogo nie ma.
– Dam ci rade na przyszlosc: lepiej zapomnij o slowie „niewolnik” – ostrzegla Kreola. – Niewolnictwa juz nie ma.
– Co? Nie ma niewolnictwa? A kto zbuduje mi wieze… i palac… i cala reszte?! Co za barbarzynstwo, jak do tego doszliscie?
– A tak, tak, doszlismy – westchnela Van. – O, wrocil potworkowaty Casanova? Szybko do torby, do kogo mowie?!
– Wiesz, Van, jestem tylko
– Nie chcesz do torby, to nie wlaz – fuknal Kreol. – Ale w takim razie musisz sie zmniejszyc.
– Tak juz lepiej – burknal dzinn, zmniejszajac sie szybko, az stal sie nie wiekszy od wyrosnietej mrowki. Teraz prawie nie mozna bylo go zauwazyc.
– Mowiles przeciez, ze nie moze zmienic sie na dlugo – przypomniala Vanessa.
– Zwiekszyc sie nie moze – poprawil ja Kreol. – A zmniejszyc, prosze bardzo, nawet na zawsze.
Winda nie dzialala. Byc moze gospodarz wylaczyl ja na noc, a moze po prostu ktos ja zepsul. Musieli zejsc po schodach.
Po przejsciu pieciu pieter Van doslyszala, ze Kreol cos burczy pod nosem. Zaczela nasluchiwac, ale slowa brzmialy niezrozumiale jak jakas „abrakadabra”.