Kreol z nabozenstwem wzial zeszyt lezacy w kacie. Biela i gladkoscia stron tak przewyzszal pergaminowe ksiegi, ze znowu sie zachwycil.

– Mysle, ze to nie jest zwykly pergamin… – powiedzial w zadumie. – Ten material o tyle przewyzsza pergamin, o ile pergamin przewyzsza gliniane tabliczki.

Ale to znaczy… ze moge po prostu napisac nowa ksiege zaklec i odprawic nad nia rytual Niestarzenia!

– A nad pergaminem nie mozna, panie? – wtracil sie Hubaksis.

– Niestety… Pergamin pamieta, ze byl czescia zwierzecia, z nim nie mozna tak postapic. Papirus, to co innego, ale na papirusie niech swoje ksiegi pisze Troy. Zaczne od razu. Szybko, niewolniku, znajdz mi pioro i atrament.

Hubaksis poslusznie zaczal myszkowac po pokoju, nie zadajac sobie trudu, by omijac przedmioty – po prostu przenikal przez nie. Zaryzykowal nawet i przeszukal sypialnie Louise, przy okazji ulegajac pokusie, by przeniknac przez koldre i do woli napatrzec sie na to, co lezalo pod nia. Ale wrocil z pustymi rekami.

– Wybacz, panie – oswiadczyl ze skrucha, bezradnie rozkladajac skrzydla. – Nie znalazlem ani jednego, ani drugiego. W ogole nic przypominajacego narzedzia do pisania.

Przepraszajac swego pana, dzinn patrzyl przy tym prosto na dlugopis lezacy na stole. Ale oczywiscie nawet mu do glowy nie przyszlo, ze czyms takim mozna pisac.

– Szkoda, wielka szkoda… – westchnal Kreol. – No coz, odlozymy to na pozniej. A teraz trzeba by zrobic troche zlota, zeby bylo za co zyc. Niewolniku, znajdz mi cos metalowego. Tylko nie za duze.

– To sie nada, panie? – Hubaksis pokazal odznake policyjna, ktora zdenerwowana Vanessa nieopatrznie zostawila na stoliku.

– Czuje obecnosc Wenus… czyli jest to miedz. Nada sie. Rozgrzej ruszt.

– Nie wiem, panie – powatpiewal Hubaksis. – To cos przypomina amulet. Moze nie warto?

– Nie opowiadaj glupot, niewolniku – fuknal Kreol. – W tym przedmiocie nie ma ani krztyny magii. Jesli nawet to amulet, to calkowicie niegrozny.

– Bo ja pomyslalem, panie… W niczym jeszcze nie poczules tutaj magii, panie.

– Kontynuuj swoja mysl. – Mag w zadumie potarl podbrodek.

– A moze nasi potomkowie nauczyli sie stosowac magie tak, zeby nie mozna jej bylo wyczuc?

Kreol zamyslil sie gleboko. Hipoteza byla interesujaca, ale malo prawdopodobna.

– Nie – zdecydowanie potrzasnal glowa. – Nie da sie calkowicie zatrzec sladow magii, udowodnil to jeszcze wielki Ar-Nuj. A jesli nawet by tak bylo, to zamiana w zloto nie zniszczy amuletu. W zlocie jest wiecej magii, od tego bedzie tylko silniejszy.

– Rzeczywiscie, masz racje panie – uspokoil sie dzinn.

– No pewnie! To gdzie jest ruszt?

– Za chwile wszystko bedzie gotowe, panie!

Producenci kuchenek oddaliby pol zycia za tajemnice tego rusztu. Wystarczylo przeciagnac nad nim reka i powiedziec „Plon!”, zeby pojawil sie plomien niepotrzebujacy zadnego paliwa. Mozna go bylo zwiekszyc, albo zmniejszyc w ten sam sposob – jednym ruchem reki. Kreol nalal do magicznej czary wody z karafki i powiesil ja na haku w gornej czesci rusztu. Do czary dolaczona byla takze specjalna paleczka – mag wreczyl ja dzinnowi i nakazal rytualnie mieszac.

Odznaka policyjna pograzyla sie w wodzie, Kreol nachylil sie nad powierzchnia czary i zaczal po cichu cos burczec. Rytual Transmutacji Metali nie wymagal zadnych specjalnych substancji, ale za to potrzebne bylo maksymalne skupienie podczas dlugiego odczytywania zaklecia. Trzeba bylo bardzo dlugo przekonywac ducha metalu, ze w zmienionym stanie bedzie mu znacznie lepiej. Kreolowi wychodzilo to tylko z niewielkimi przedmiotami, a do tego za kazdym razem czul sie tak zmeczony, jakby sam w pojedynke wtaszczyl fortepian na dwudzieste pietro. Niestety, magia transformacji nie byla jego mocna strona.

Tym niemniej, po jakichs dziesieciu minutach szeptania zaklec nad kipiaca woda, znak zaczal zolknac. Minelo drugie tyle i zzolkl calkowicie. Miedz zamienila sie w zloto.

Kreol zakasal rekawy i wyjal odznake z wrzatku. W poprzednim zyciu mag nie zaryzykowalby zrobienia czegos takiego, ale po zmartwychwstaniu stal sie znacznie odporniejszy. W rzeczywistosci pozostal na wpol martwym i bol odczuwal tak samo, jak niemajacy nerwow dab.

– Bardzo pieknie, panie – pochwalil Hubaksis.

– Oczywiscie – zlapal oddech Kreol. – Teraz odpoczne chwile, jakos sie zmeczylem…

Ulozyl sie na lozku, a Hubaksis, takze porzadnie zmeczony, przysiadl, zeby odpoczac, na pilocie od telewizora. Oczywiscie, nie wiedzial, ze to pilot, po prostu wybral najblizszy, wygodny przedmiot. Malenki dzinn wazyl nie wiecej niz piec deka, ale wystarczylo to, by nacisnac przycisk.

– O! – Widzac swiecacy ekran, Kreol podniosl sie mimowolnie.

– O zesz ty! – zgodzil sie z nim Hubaksis.

– Magiczne lustro! – westchnal mag. – I to u zwyklej kobiety, nawet nie arystokratki! Swiat zwariowal!

Na wlaczonym przypadkowo kanale pokazywali jakis talk-show. Przy stole siedzialo dwoch powaznych mezczyzn w eleganckich garniturach i prowadzilo niezrozumiala, ale niewatpliwie bardzo wazna rozmowe. Kreol poczatkowo patrzyl z zainteresowaniem, ale szybko mu sie znudzilo.

– Ej, lustro! – zawolal do telewizora. – Pokaz mi kobiete o imieniu Vanessa!

Oczywiscie telewizor nie usluchal.

– Slyszalos moj rozkaz, lustro? – zdziwil sie mag. – Imionami wszystkich bogow nakazuje ci: wypelnij rozkaz!

– Nie wypelnia, panie – zauwazyl Hubaksis po kilku minutach oczekiwania.

– Sam widze… – odgryzl sie Kreol.

– Moze ono nie rozumie naszego jezyka? – podsunal dzinn.

– Byc moze… – Mag przygryzl warge. – A moze slucha tylko swojej pani. Przynajmniej moje sluchalo tylko mnie… Tak, trzeba bedzie zrobic nowe, przyda sie.

– Czy warto, panie? – westchnal Hubaksis ze smutkiem. – W tym swiecie, gdzie sie nie obejrzysz, tam jest magiczne zwierciadlo.

– I tak moja magia jest silniejsza! – zaperzyl sie Kreol. – Pamietasz, jaka mine miala ta kobieta, kiedy zobaczyla demona?

Minal kwadrans. Mezczyzni na ekranie nadal rozmawiali.

– A mimo wszystko, ciekawe, o czym rozmawiaja? – w zamysleniu powiedzial Kreol.

– Panie, a moze tym lustrem rzadzi ten przedmiot? – zaproponowal Hubaksis, po tym, jak dosc dlugo ogladal pilota. – Zaplonelo, gdy na nim usiadlem.

– Tak? Daj no go tutaj…

– Wybacz, panie, nie moge, jest za ciezki – wysapal dzinn, bezskutecznie probujac podniesc pilota.

Kreol popatrzyl na niego ironicznie, pstryknal palcami i pilot sam wskoczyl mu do reki. Telekineza to jedna z najprostszych odmian magii i Kreol mogl uniesc w powietrze jednoczesnie nawet sto malych przedmiotow. Albo dziesiec wiekszych. Albo jeden bardzo duzy, na przyklad dom. A przygotowanie zaklecia nie wymagalo duzo czasu – na odnowienie zaklecia Telekinezy potrzebowal nie wiecej niz sekunde.

– Ciekawe… – Obrocil w dloniach nieznany przedmiot. – Jakies symbole, piktogramy… Tylko co moga znaczyc?

– Sprobuj nacisnac jakis guzik, panie – doradzil dzinn.

Kreol w skupieniu zmarszczyl czolo i bardzo starannie nacisnal jeden z guzikow. Byl to przycisk „sleep”. Na ekranie pojawil sie napis „10”, ale nic wiecej sie nie wydarzylo.

Mag niezdecydowanie przeciagnal palcem po przyciskach i wybral „4”. Obraz na ekranie zmienil sie – teraz telewizor pokazywal biegnacych sciezka Guffiego i Donalda.

– O, zywe obrazki! – ucieszyl sie Kreol. – Gdy imperator Lugalbanda byl jeszcze malutkim chlopcem, zrobilem mu podobne.

– Ciekawe istoty, panie. Podobne do Thota i Anubisa, nieprawdaz?

– Rzeczywiscie… – zmruzyl oczy Kreol. – Pewnie sluzba swiatynna.

Kreskowki niezbyt zainteresowaly maga. Nie widzial sensu w przygladaniu sie jakims narysowanym obrazkom, nawet ozywionym. To, ze przedstawiaja one bogow (przynajmniej on tak uwazal) takze nie zrobilo na nim wrazenia. Kreol w nosie mial te wszystkie zwierzoglowe, egipskie bostwa. Znowu wiec przelaczyl kanal, naciskajac sasiedni przycisk.

Вы читаете Arcymag. Czesc I
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ОБРАНЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату