Dubhe jest w grocie. Otwarty list lezy na jej nogach. Najpierw przeczytala go w calosci jednym tchem, glaszczac te kartki, na ktorych Mistrz kladl swoje rece, podazajac za jego kaligrafia — tym wszystkim, co po nim zostalo. Potem wrocila do niektorych czesci, czytala jeszcze i jeszcze.
Nie ma juz w sobie lez. Wszystkie wylala nad cialem Mistrza, wielokrotnie krzyczac swoje „dlaczego” jemu i niebu. Z gory nie pojawila sie zadna odpowiedz, zaden spokoj, tylko nieskonczona samotnosc.
Nie rozumie. Juz zna te slowa na pamiec, a jednak nie rozumie. Ten rozpaczliwy gest, ktory odebral jej jedyne, co jej pozostawalo, wydaje jej sie calkowicie niezrozumialy. Niewyraznie czuje rozpacz i poczucie winy. Tylko jedno jest dla niej calkowicie jasne. Nie wystarczylo byc doskonala uczennica ani tak go kochac, prawie wielbic. Nie udalo jej sie byc powodem, dla ktorego warto bylo zyc. Mistrz wolal raczej umrzec niz zostac z nia, nie dala rady utrzymac go przy sobie.
Wraca mysla do swojego zycia, mysli o ojcu, ktory umarl, o matce, ktora wolala o niej zapomniec, o Gornarze, ktory teraz jest juz pewnie tylko kupka kosci pod ziemia, o Mistrzu. Wzdluz sciezki jej zycia biegnie niekonczacy sie slad krwi. Tylko nieszczescia i bol tych, ktorzy ja kochali, formowali, pomagali jej. Rin tez umarl, a z nim wszyscy inni z obozowiska.
Mistrz powiedzial, ze przeznaczenie nie istnieje. Ale przeciez czym to wszystko jest, jesli nie przeznaczeniem? Czym jest to nieskonczone cierpienie, ta niemoznosc zrzucenia z siebie smierci?
Ogluszona bolem, sama tez troche umarla, robi to, co nakazal jej Mistrz. Zanosi jego cialo niedaleko od Makratu, w srodku nocy, przykryta plaszczem i z twarza calkiem schowana pod kapturem. Zostawia je blisko murow. Ktos bedzie przechodzil ulituje sie, wezmie je i pochowa. Wiesc sie rozniesie, wszyscy dowiedza sie, ze on nie zyje. Gildia tez sie dowie. A ona zniknie.
Nie wie, co zrobi ze swoim zyciem. Wraca do groty i zostaje tam dlugo, nie majac na nic ochoty.
Wszystko jest dokladnie tak, jak tego wieczoru, kiedy on umarl. Oklad, ktorym ona sama go zabila, jeszcze widnieje na bandazach. Zostala z niego tylko czarniawa, sucha papka, ktora wiatr powoli rozwiewa po podlodze groty. Sa jego rzeczy. Strzaly, noze, luk, sztylet. Caly jego swiat zostal tutaj. Wszystko jest tak straszliwie zywe, ze Dubhe nie moze uwierzyc, iz Mistrz odszedl na zawsze i ze juz nigdy nie bedzie mogla go zobaczyc.
Dlugo tak lezy, a czas zastyga, terazniejszosc i przyszlosc sie mieszaja. Wszystko jest takie samo, jak w noc po zabiciu Gornara.
Czasami chcialaby moc przynajmniej nienawidzic Mistrza. Czuje, ze mialaby ku temu powody. W koncu pozostawil ja, a co wiecej, jakby tego mu bylo malo, w jakims stopniu jeszcze zmusil ja do zabicia go. Ale nie moze. Milosc, ktora do niego czula, pozostala nienaruszona w jej wnetrzu, w jej sercu, w jej glowie. Oczywiscie, jest tez nienawisc, ale Dubhe nienawidzi raczej samej siebie. Z pewnoscia mogla cos zrobic, ale tego nie zrobila.
A jednak, mimo skrajnego zmeczenia, zarowno fizycznego, jak i duchowego, pod gruba koldra bolu caly czas pulsuje zycie. Dubhe moze nawet chcialaby walczyc z tym instynktem, chcialaby polozyc sie tam w grocie, gdzie Mistrz wydal ostatnie tchnienie, i sama tez pozwolic sobie odejsc. Ale nie moze. To uparte pulsowanie jest silniejsze niz cokolwiek innego, jest niepowstrzymane.
I tak ktoregos dnia wyciaga reke do przybrudzonego ziemia zawiniatka, odlozonego w rogu i nigdy nieruszonego. Drzacymi dlonmi, walczac z zawrotami glowy, otwiera je, bierze ser i placzac, zjada go wielkimi kesami.
Zycie bylo silniejsze. Trudno to zaakceptowac. Bedzie wiecej bolu, Dubhe wie o tym, byc moze jest tak, jak powiedzial Mistrz, bedzie to stopniowe umieranie, ale ona nie jest stworzona do drog na skroty i latwych pocieszen. Ona pojdzie naprzod, do konca.
Dubhe zostaje w grocie jeszcze przez kilka dni. Mistrz nakazal jej wedrowac, ale ona nie wie, co ma robic. Zyje, bedzie zyc, ale jak?
Mistrz powiedzial jej, aby porzucila te droge, powiedzial jej: „Na zawsze zapamietaj te potwornosc” i te slowa niespodziewanie staja sie w jej glowie rozkazem. Bedzie o tym pamietac. Zreszta nie ma sposobu, aby o tym zapomniec. I ucieknie, bedzie sie tulac. Nie dotknie juz swojego sztyletu. Wyrzuca go, bierze ten nalezacy do Mistrza i na jego krew przysiega, ze nigdy go nie uzyje.
Ale co moze teraz robic? Nie wie. Idzie. Na razie tylko tyle. Opuszcza dom, ktory z nim dzielila, przemierza wioski, idzie na poludnie. Nie chce juz wracac do Krainy Slonca, ktora zawsze przynosila jej tyle bolu.
Jej wysokie buty pokrywaja sie kurzem, jej chlebak stopniowo staje sie coraz bardziej pusty. Pieniadze koncza sie, a glod rosnie. W mijanych wioskach patrzy na owoce na straganach, patrzy na okna oberz. Jest glodna. Nie wie, co ma robic.
Potem pewnego dnia brzuch burczy glosniej niz zwykle, a dzika wola zycia daje sie odczuc bardziej niz kiedykolwiek. I tak noca wslizguje sie do spizarni jakiejs gospody. Wspina sie po murze, wchodzi przez okno. Nie robi zadnego halasu. Jej cialo pamieta o treningu i wprowadza w zycie kazda najmniejsza wskazowke Mistrza. Idzie do spizarni, rzuca sie na jedzenie z lapczywoscia i bierze ze soba zapasy. Kiedy wychodzi, prawie swita.
W jakis sposob jej droga jest juz naznaczona. Wioska po wiosce, a potem w miastach. Dubhe pojmuje. Nie ma nic innego, co potrafilaby robic. Wchodzic po kryjomu do domow, gospod, palacow i krasc. Nie jest to cos, co