Budynek przy ulicy Zabkowskiej przetrwal wojne czesciowo tylko wypalony. W latach czterdziestych wyremontowano dach i zasiedlili go ludzie. Nadal istnial.

Doktor zamowil kserokopie. Czekal potem pol godziny, patrzac, jak cud kapitalistycznej techniki wolno sie nagrzewa, pracownik archiwum przeciera szklane tafle spirytusem i posypuje je cieniutka warstewka pylu grafitowego.

Wreszcie z niezbyt wyrazna odbitka w teczce pojechal do biblioteki. Smith i jego towarzyszka siedzieli jeszcze nad mikrofilmami.

– Mam dla was prezent. – Wreczyl dziewczynie papier.

– A niech mnie! – mruknal Amerykanin. – Znalazl to pan!

– Nie wiem oczywiscie, czy to wlasciwe miejsce, ale nie natrafilem na slad zadnej innej chinskiej pralni. Wynotowalem za to adresy wszystkich pozostalych. Tak na wszelki wypadek. Dzis juz pozno, mysle, ze jutro rano mozemy tam pojechac i zbadac sprawe na miejscu.

Dziewczyna usmiechnela sie, a potem pocalowala go w policzek.

***

Za oknami szumiala ulewa. Doktor czytal, popijajac herbate. Nagle zadzwonil telefon. Gazdowski oderwal sie od ksiazki i podniosl sluchawke.

– Halo?

– Wierch mowi – warknela sluchawka glosem ubeka. – Te kopane Chinczyki sa u ciebie?

– Nie.

– Psia ich mac. No i zerwali sie z lancucha. Nie wrocili do hotelu. Cos knuja, zarazy… Ale nas szefostwo obsobaczy!

Trzasnela odkladana sluchawka.

Nie wrocili? – zdziwil sie. Przeciez jest noc… Godzina milicyjna. A moze? Przeciez znaja adres. To oczywiste, pojechali odnalezc skrytke od razu, natychmiast i beze mnie. Jedyna szansa dowiedziec sie, czego tak naprawde szukali, to nakryc ich teraz.

Zalozyl gruby sweter, narzucil ortalionowy plaszcz. Zniosl rower po schodach. Sprawdzil jeszcze, czy ma przepustke w kieszeni, i ostro pedalujac, pojechal na Prage.

***

Kamienica stala mokra, cicha i ciemna. Minela polnoc. Tylko w dwu oknach widac bylo slaby poblask swiatla. Zsiadl z roweru i wprowadzil go do bramy. Drzwi do piwnicy byly zamkniete. Gazdowski wyjal z kieszeni scyzoryk, wsunal w szczeline i po chwili manipulowania odepchnal jezyczek zamka. Zostawiwszy rower, zaglebil sie w mroczny, cuchnacy korytarz. Szedl, macajac w ciemnosciach droge.

Zza rogu bila slaba poswiata. Podkradl sie cicho. W murze ziala nieregularna dziura, najwidoczniej przejscie niegdys zamurowano. Za nia widac bylo kawalek korytarza i kolejny zakret.

Smith musial sobie niezle pomachac mlotem, pomyslal sarkastycznie.

Wslizgnal sie. Na podlodze lezala gruba warstwa kurzu oraz drobne ulamki cegiel, ktore przez dziesieciolecia odkruszyly sie od stropu. Minal zakret i zamarl zdumiony. To istotnie byl sklad jajek. Na drewnianych stelazach ujrzal zaplesniale, przegnile kosze. Wewnatrz, obsypane bialym proszkiem, lezaly tysiace kurzych jaj. Pod jedna ze scian stala ozdobna szafka, o drzwiczkach ozdobionych chinska laka. Byla otwarta. W srodku znajdowal sie jeszcze jeden koszyk, kryjacy zlocistej barwy skorupy wielkiego jaja.

Strusie czy co? – pomyslal w pierwszej chwili.

Oboje goscie tez tu oczywiscie byli. Gazdowski poczul, jak opada mu szczeka. Panna Wong siedziala na krzesle. Rozebrala sie do polowy. Naciela jeden z sutkow. Przy piersi trzymala…

– O chol… – zdusil przeklenstwo.

Dziewczyna trzymala malego smoka. Sinolog patrzyl na to kompletnie zdumiony. Zwierze wygladalo dokladnie jak z chinskiego obrazka. Male, kolorowe, zlotookie, pokryte dziwnymi wypustkami.

– Co to jest? – wykrztusil. – Co wy robicie? – zapytal po chinsku.

– Potrzebna mu krew dziewicy – wyjasnila dziewczyna. – Smok, gdy sie rodzi, jest slaby i bezbronny. W warunkach naturalnych karmi go matka. Gdy jednak rodzi sie wsrod ludzi, ktos musi sie poswiecic… Gdy skosztuje krwi, nabiera sil i zyskuje moc, by sie bronic…

– Ale skad? Czemu…

– Smok w mitologii chinskiej to potezna istota, ktorej zadaniem jest opieka i ochrona ludzi – powiedzial stojacy w kacie Smith. – Krewny panny Xu doswiadczyl wiele zla od Rosjan i wiele dobrego od Polakow. To jego dar dla was. Wolnosc. Smok bedzie zyl ukryty wsrod was i chronil ten kraj. Tylko zanim dojrzal na tyle, by skruszyc skorupe jaja, musialo minac troche czasu. Ot, tak z siedemdziesiat czy osiemdziesiat lat. Ale, wie pan, Chinczycy to taki narod, ze nigdzie im sie nie spieszy, choc zawsze w koncu postawia na swoim…

– I jak ten zwierz podrosnie, pourywa komunistom glowy? – wykrztusil doktor.

– Niewykluczone. Ale jego dzialanie jest subtelniejsze. To zloty wezel na liniach losu. Zmienia sama osnowe rzeczywistosci. Tam, gdzie zyje, wszystko powoli zmienia sie na lepsze.

– Powoli?

– Nie minie dziesiec lat, a ten kraj bedzie wolny.

– Coz za wzruszajaca bajeczka – burknal major Wierch, pojawiajac sie w przejsciu. W rece trzymal pistolet. – A teraz lapki do gory i pod sciane. Wszyscy.

Gazdowski zmartwial. W jednej chwili zrozumial, ze perfidny ubek musial go sledzic. Dom z pewnoscia jest juz otoczony… Poczul zal, wscieklosc.

O nie. Po moim trupie, pomyslal.

Smok oderwal pyszczek od piersi dziewczyny i syknal gniewnie. Po alabastrowo gladkiej skorze chinskiej arystokratki poplynela gruba kropla krwi. Komunista, patrzac na zwierze, stracil jakby troche pewnosc siebie, ale zaraz odzyskal rezon.

– O ty, kurde – powiedzial. – Nieznany gatunek jaszczurki znaczy. W zoo sie uciesza…

Gazdowski chwycil najblizszy koszyk jajek i cisnal nim w majora. Chyba polowa zawartosci roztrzaskala sie na twarzy i piersi ubeka. Sinolog skoczyl i szarpnieciem skierowal lufe broni w sufit. Oficer padl jak podciety. Fala upiornego smrodu, uwieziona przez sto lat pod cienkimi skorupkami, rozlala sie po piwnicy. Gazdowski nie zdolal powstrzymac torsji. Wymiotowal jak wulkan. I nagle zrobilo sie zupelnie jasno. Podniosl glowe. Smok siedzial tuz przed nim. W ciagu kilku chwil urosl co najmniej dwudziestokrotnie, byl teraz wielkosci kuca szetlandzkiego.

– Dziekujemy za pomoc – powiedzial po polsku. Panna Wong, odwrocona tylem do mezczyzn, zapinala bluzke. Smith stal, zagadkowo sie usmiechajac.

– Ale…

Polak zdezorientowany rozejrzal sie po wnetrzu piwnicy.

– Sam powiedz, po co komu tacy towarzysze? – smok odgadl jego nieme pytanie. – A jakby kto pytal, powiedz, ze zdezerterowal… Wraz ze swoja obstawa. – Spojrzal w strone drzwi, jakby przeszywal wzrokiem mur. – Dochowales lojalnosci wobec moich przyjaciol. Nie bedzie ci to zapomniane.

Grzebnal pazurzasta lapa w paszczy i wyciagnal klamre od pasa, ktora utkwila mu miedzy zebami. A potem rozmazal sie w smuge zlotego swiatla i wniknal w mur.

– Yyy… – wydusil sinolog i zemdlal.

Gdy doszedl do siebie, juz dnialo. Goscie ulozyli go wygodnie na jakichs deskach i nakryli kurtka Amerykanina. Sami zajeli sie przegladaniem zgromadzonych w lochu zapasow jaj.

– Co to bylo? – wychrypial, siadajac.

– Znalezlismy sklad jajek stworzony przez krewnego panny Wong – powiedzial Smith. – Tym samym nasza misja w Polsce zakonczyla sie pelnym sukcesem.

– Smok?

– Odszedl i ukryl sie – wyjasnila dziewczyna. – Prosze sie o niego nie martwic, poradzi sobie.

Doktor spojrzal na podloge. Wymamlana w smoczych zebach metalowa klamra od pasa ciagle tu lezala. Tylko tyle zostalo po majorze Wierchu.

– On go…

– Pozarl. No coz, bywa i tak, ze smok sam wymierzy sprawiedliwosc. Zdobyte przez nas zapasy osiemdziesiecioletnich jaj beda ozdoba menu najwykwintniejszych restauracji w Tajpej. Oczywiscie pomyslimy o stosownym procencie takze dla pana – powiedzial Amerykanin. – Jakosc produktu, na ile potrafimy ocenic, jest pierwszorzedna, jajeczka godne cesarskiego podniebienia.

– Wy naprawde jadacie to smierdzace swinstwo? – wykrztusil. – Przeciez to musi byc tak nieziemskie paskudztwo…

Smith usmiechnal sie i podal mu srebrna lyzeczke. Gazdowski, poczuwszy won jej zawartosci, szarpnal sie w tyl.

***

Jerry Smith i panna Wong wyjechali trzy dni pozniej. Pozwolono im nawet wywiezc znalezione jajka, choc inspektor sanitarny nie chcial dac zgody na eksport ewidentnie nieswiezych produktow. Niedlugo potem zawieszono stan wojenny, a komisja dyscyplinarna wycofala sprawe doktora. Nawet sie nie zdziwil, gdy zaproszono go do ambasady USA, gdzie wreczono mu wyciag z konta w zagranicznym banku. Z dokumentu wynikalo, ze Gazdowski jest teraz szczesliwym posiadaczem dwudziestu pieciu tysiecy dolarow. Poinformowano go tez, iz za skromna prowizje CIA moze mu te pieniadze dostarczyc.

Rok pozniej doktor ozenil sie z krawcowa Irena, ktora nastepnie urodzila mu trojke dzieci. Nim poszly do szkoly, komuna anihilowala. Za przeszmuglowane z US dolary doktor wraz z zona zalozyli szwalnie i siec butikow, szybko dorabiajac sie jeszcze wiekszej kasy. Majora Wiercha nikt nie szukal, a nawet jesli szukano, sinolog nigdy nie byl jednym z podejrzanych w tej sprawie.

Doktor bardzo liczyl, ze smok pozjada kolejnych komuchow. Niestety, nie doczekal sie.

– Chinska tandeta – mruczal. – Dobre na raz, potem sie psuje i przestaje dzialac. A moze mu ten smierdzacy ubek zaszkodzil? Taka swolocz to nie na delikatny zoladek…

Ale skorupy zlocistego jaja i poznaczona sladami zebow klamre ubeckiego pasa zatrzymal na pamiatke.

Sprawa Filipowa

Leningrad, wczesna wiosna 1967

Od zatoki wialo chlodem. Dzien w ogole byl jakis parszywy, wilgotny i mglisty, na szczescie na deszcz sie nie zanosilo. Stary mezczyzna szczelniej zawinal sie w zniszczony wojskowy plaszcz. Wedrowiec garbil sie, lata pracy w lagrach Workuty przygiely go do ziemi. Broda, ktora zapuscil, nie do konca zakrywala blizny po lampie lutowniczej i slady odmrozen.

Dlugo szedl brzegiem morza. Znoszone buty przemiekly, kilka razy potknal sie na kamieniach, ale brnal twardo naprzod. Za cyplem skrecil w glab ladu. W brzozowym zagajniku pomiedzy wzgorzami przystanal na chwile. Przez piecdziesiat lat wszystko sie zmienilo. Niskie garby grobow dawno rozmyly deszcze. Wedrowiec przystanal. Kiedys byl tu niewielki cmentarzyk. Juz chyba tylko on pamietal te noce w tysiac dziewiecset piatym, gdy z krytych wieziennych karetek wynoszono zwloki i wrzucano do plytkich, pospiesznie wykopanych grobow… A w tysiac dziewiecset trzecim…

Dlugo szukal potrojnego naciecia na korze brzozy, wreszcie stracil nadzieje. Przysiadl na kamieniu, z kieszeni wydobyl cwiartke wodki. Odkorkowal, nalal do dwu szklanek. Jedna postawil na

Вы читаете Rzeznik drzew
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ОБРАНЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату